Dochodzę do lekkiego obłędu. Nie wiem co będzie dalej. Wiem tylko, że jak wszystko potoczy się takim samym tokiem jak dotychczas to zrobię coś złego. Czy będę tego żałować? Wątpię, będzie wręcz przeciwnie. Doznam wielkiej ulgi i tym samym spadnie napięcie emocjonalne, więc przestanę być chodzącym kłębkiem nerwów. Wiem też, że wszystko wyjaśni się lada dzień. Mam już dość tego, że nie mogę zasnąć bo myślę ciągle o tym samym. Dla mnie to jedna wielka bajka w, której ja jestem postacią tragiczną.
Konsekwencje się nie liczą skoro teraz nikt się ze mną nie liczy i nikt nie traktuje mnie poważnie. Wszyscy odnoszą się do mnie nie jako do człowieka tu i teraz. Wszyscy odnoszą się do mnie jako do osoby powiązanej wzajemnie z innymi osobami i faktami, tworząc w ten sposób zbędne kłody pod moje nogi. Po jaką cholerę mydlą mi oczy? Mogę zrozumieć, że zachowują się tak ludzie spoza rodziny, ale do kurwy nędzy dlaczego Ci, którzy są teoretycznie powinni mnie wspierać robią ze mną dokładnie to samo? Na początku mają najwięcej do powiedzenia, zapewniają, że będzie lepiej, mówią, że pomogą, a potem sami poddają się wpływom manipulacyjnym tej samej szarej masy od, której wcześniej mnie bronili!
Nie pojmuję tego wszystkiego. Nie chcę już nad tym myśleć bo ogłupieję...
czwartek, 29 maja 2008
poniedziałek, 24 marca 2008
Sielankowe objęcia Morfeusza
Dzisiejszej nocy miałem miły sen...Byłem na wsi, u mojej babci, a konkretnie - na boisku do piłki nożnej istniejącym do dzisiaj niedaleko jej domu. Znajdował się tam mój starszy brat i jeszcze ktoś - nie wiem kto... Świeciło przyjemne słońce. Wtedy jeszcze taka pogoda panowała za czasów mojego dzieciństwa. We śnie byłem jednak raczej w wieku bliskim teraźniejszości chociaż nie jestem tego pewny do końca. Nie było upalnie, ani zimno, co niestety jest odejściem od rzeczywistości - anomalnej pogody. Promienie słoneczne padały w każdy zakamarek, a ja miałem wrażenie, że miejscami było wręcz biało. Cały obraz widziałem tak jakby przez lekką mgiełkę - to był sen we śnie. Czułem się jak nowo narodzony, a czas jakby wbrew samemu sobie nigdzie się nie śpieszył. Wszystko działo się wolniej, a ja dzięki temu wyłapywałem coś co mogę nazwać najdrobniejszymi szczegółami otaczającego mnie świata, po czym samoistnie zamieniałem je na szczęście. Zacząłem biec, czułem. Panował wielki spokój i równowaga, a ja nie potrzebowałem niczego więcej niż przestrzeni na świeżym powietrzu. Nagle się obudziłem i cały czar przysnął. Wszystko przepadło...
Chciałbym być znowu dzieckiem, dzieckiem w pełni fizycznie i psychicznie, ponieważ w pewnym stopniu emocjonalnie nim jestem, z tym, że mam przyciemniony i w różnym sensie zatracony sposób postrzegania otaczającego mnie świata. Fizycznie dlatego, że dzieci są inaczej postrzegane, inaczej doświadczają różnego rodzaju zjawisk, a także łatwiej jest im wejść do miejsc niedostępnych dla dorosłych. Najbardziej cenne i sentymentalne z tamtego okresu jest dla mnie głęboka gama uczuć postrzegania różnych sytuacji, a nawet własnych myśli. Obecnie, myśli to bezcelowa plątanina nie mająca końca ani początku, tym najprostszym celem było głębokie uczucie potrafiące za sprawą psychiki odsunąć nas od spraw życia codziennego. Istotną rzeczą jest również to że w teraźniejszości brakuje marzenia i głębokiego rozmyślania na każdym kroku w obrębie błahych podstaw.
Właśnie to było ambrozją dzieciństwa - bujanie w obłokach i zupełnie twórcza interpretacja wszystkich i wszystkiego. Dziwne jest to, że czasami miewam tzw. przebłyski i w najlepszym wypadku, po uprzednich próbach powrotu myślami do dobrych chwil, które mogły być związane z dzieciństwem, przez dwie sekundy gdzieś tam w środku coś się we mnie budzi i emocjonalnie doświadczam głębokiego uczucia związanego z tamtym okresem. Trudno mi to opisać, naprawdę trudno. Wspaniałe minęło, nadszedł czas pokuty. Być może to oznaka tego, że element źródła energii i entuzjazmu ulokowany we mnie samym, niezależny od świata - już się wypalił lub właśnie gaśnie.
Nie bez powodu porównam dzieciństwo do chłonięcia wody przez suchą gąbkę. Właśnie wtedy pragniemy poznać świat, wszystko co nieznane musi zostać odkryte albo wytłumaczone przez wyjątkowo elastyczną wyobraźnię. Żaden okres w życiu nie ma takiej podatności na życie jak dzieciństwo. Dla mnie samego teoria, że będąc dzieckiem chcemy być dorośli, a będąc dorosłym chcemy się cofnąć do czasów dzieciństwa jest tylko w połowie prawdziwa. Ja nigdy nie chciałem być dorosły. Może tym się różnie od innych. Nie śpieszyło mi się do dorosłości i z całą pewnością mogę napisać, że nigdy nie powiem o sobie jako o osobie dorosłej.
Dzieciństwo to beztroska i bezpieczna zabawa na polanie jako małe zwierzątko wokół rodziny. Życie dorosłe to przemiana w drapieżnika, w głębi lasu, żeby przetrwać musisz się bronić, uciekać i atakować. Niegdyś sucha gąbka zrobiła się wybredna i chłonie tylko to co uzna za przydatne. Człowiek z wiekiem nie robi się jak wino. Człowiek po prostu prędzej czy później gnije jak owoc, wcześniej od wewnątrz, dopiero potem wizualnie.
środa, 19 marca 2008
Omnis homo mendax
Miałem nawet pewien cel.
Ironicznie dumnie to brzmi.
Miałem to czas przeszły.
Było, minęło, prysnęło.
Odrobina wysiłku nakręciłaby mnie jak zabawkę.
To wydawało się takie proste.
To było proste.
Trzeba było tylko zacząć.
To życiowy absurd rzeczywistości.
Ale ja nie umiem tego zrobić.
Nie chodzi o to, że nie spojrzę komuś w oczy.
Chodzi o to, że nie spojrzę w oczy sobie.
Nie umiem nawet dla własnej korzyści stać się złym.
Kręcenie się w kółko razem z innymi tu nie pasuje.
Nie dla mnie ten teatr.
Na szczęście ten kontrakt nie będzie trwać wiecznie.
Ironicznie dumnie to brzmi.
Miałem to czas przeszły.
Było, minęło, prysnęło.
Odrobina wysiłku nakręciłaby mnie jak zabawkę.
To wydawało się takie proste.
To było proste.
Trzeba było tylko zacząć.
To życiowy absurd rzeczywistości.
Ale ja nie umiem tego zrobić.
Nie chodzi o to, że nie spojrzę komuś w oczy.
Chodzi o to, że nie spojrzę w oczy sobie.
Nie umiem nawet dla własnej korzyści stać się złym.
Kręcenie się w kółko razem z innymi tu nie pasuje.
Nie dla mnie ten teatr.
Na szczęście ten kontrakt nie będzie trwać wiecznie.
Dystymia - fatalnie wierne miano
Drwić w tym całe dwa lata, żeby mieć 2 miesiące spokoju.
Każdy jest kowalem własnego losu, jednak ja samemu doprowadziłem do tego, że stałem się jedynie adeptem przyglądającym się pracy innych na uboczu, a co najgorsze ten adept i tak nie jest jeszcze pewny co do swojego przeznaczenia w tym fachu.
Pomimo tego, że w swoim życiu mam wiele przykładów twardo świadczących o tym, że problemy kiedyś się rozwiążą i, że zamartwianie się było niepotrzebne to i tak kolejny raz w to wątpię.
Każdy jest kowalem własnego losu, jednak ja samemu doprowadziłem do tego, że stałem się jedynie adeptem przyglądającym się pracy innych na uboczu, a co najgorsze ten adept i tak nie jest jeszcze pewny co do swojego przeznaczenia w tym fachu.
Pomimo tego, że w swoim życiu mam wiele przykładów twardo świadczących o tym, że problemy kiedyś się rozwiążą i, że zamartwianie się było niepotrzebne to i tak kolejny raz w to wątpię.
piątek, 1 lutego 2008
Bojaźń przed absurdalną anonimowością.
Chcemy być w jak największym stopniu pewni życiowych kroków, a jednocześnie jak najbardziej zabezpieczeni przed potencjalną stratą. To wynika z natury, czynników kształtujących człowieka i pewnie również ze zwykłej nieudolności. Bardzo ciężko jest nie stawiać sobie celów, a jednocześnie nie negować ich istnienie. Czasami jednak warto się zapomnieć, odstawić na bok pozytywne i negatywne argumenty przewodnie. Aczkolwiek czasami to zbyt niewiele, a jednak jest jakaś ewentualność (...)
Niektórzy zatracili w sobie umiejętność dostrzegania dwóch stron medalu każdej rzeczy czy zjawiska. Nie chodzi tutaj przecież o czynienie cudów, a jedynie o sam fakt zidentyfikowania w kanapce składników takich jak margaryna, sałata, ser, szynka, ser, majonez, rzodkiewka, pieprz i sól, czyli kilku warstw, a nie wyłącznie pojedynczego przedmiotu. Życie w, którym dominuje jednoznaczna ocena rzeczywistości ograniczone jest do prostoliniowości, bezwzględnego przekonania o słuszności swojego postępowania i do świadomego lekceważenia człeków. Trzeba ich obchodzić szerokim łukiem by nie dać się zwieść łatwości pojmowania czegokolwiek.
Ludzie to degenerujące się mrówki. Te z, którymi mamy do czynienia to jedna kolonia. Znajomych jest znacznie mniej, a osób wartych uwagi wiele. Jeszcze więcej jest potrzebujących (dla mnie to nie ma znaczenia większego niż sam fakt gdyż nie sądzę, żeby niespontaniczna dla mnie dobrotliwość była drogą do jakiejkolwiek stosunkowo stałej lepszości). Istnieje także wielka ilość tzw. dogadzaczy, krótko mówiąc są to osoby które sprawiały, sprawiają nam przyjemność, odczuwamy z tego powodu korzyści, zagłuszamy własne wnętrze, włączamy się w ich w towarzystwo dlatego, żeby nie stać samemu, lubimy ich bo oni nas lubią, w mniejszym lub większym stopniu podwyższają chwilowo poczucie własnej wartości, zatem trudno wyjść z tego błędnego koła, ale tak naprawdę są zbędni, a my jesteśmy wobec nich w głębi duszy obojętni w przeciwieństwie do naszego zewnętrznego uśmiechu. Zawsze jest przynajmniej jeden mega dogadzacz, czyli ktoś oferujący poza funkcją wchodzenia w plecy dolne także możliwość konspiracyjnego wyciśnięcia z tej osoby przynajmniej jednej kropli czegoś co od początku jest dla nas wartościowe. Należy pamiętać o tym, że każdy z nas jest czyimś dogadzaczem, czyż to nie zaskakujące? Swoją drogą chciałbym kiedyś odnaleźć osobę przed, którą mógłbym otwarcie wyjawić prosto z mostu to iż jest takowym dogadzaczem, bez komicznie tragicznej nieszczerości w rozmowie i ciągłego przeczenia własnemu wnętrzu, a następnie skorzystać z jej usług po ustaleniu umowy. To byłaby fenomenalnie skromna ścisłość. Można to nazwać także rozdziewiczeniem oryginalności. ;) Na końcu zostaje grupa tych, z którymi jesteśmy trwale związani przeszłością lub teraźniejszością, przyszłości celowo nie umieściłem (Jeżeli ktoś twierdzi, że jest szczerze związany z tłumem to jest hipokrytą, nikomu nie starczy na to życia, ani serca).
Niektórzy zatracili w sobie umiejętność dostrzegania dwóch stron medalu każdej rzeczy czy zjawiska. Nie chodzi tutaj przecież o czynienie cudów, a jedynie o sam fakt zidentyfikowania w kanapce składników takich jak margaryna, sałata, ser, szynka, ser, majonez, rzodkiewka, pieprz i sól, czyli kilku warstw, a nie wyłącznie pojedynczego przedmiotu. Życie w, którym dominuje jednoznaczna ocena rzeczywistości ograniczone jest do prostoliniowości, bezwzględnego przekonania o słuszności swojego postępowania i do świadomego lekceważenia człeków. Trzeba ich obchodzić szerokim łukiem by nie dać się zwieść łatwości pojmowania czegokolwiek.
Ludzie to degenerujące się mrówki. Te z, którymi mamy do czynienia to jedna kolonia. Znajomych jest znacznie mniej, a osób wartych uwagi wiele. Jeszcze więcej jest potrzebujących (dla mnie to nie ma znaczenia większego niż sam fakt gdyż nie sądzę, żeby niespontaniczna dla mnie dobrotliwość była drogą do jakiejkolwiek stosunkowo stałej lepszości). Istnieje także wielka ilość tzw. dogadzaczy, krótko mówiąc są to osoby które sprawiały, sprawiają nam przyjemność, odczuwamy z tego powodu korzyści, zagłuszamy własne wnętrze, włączamy się w ich w towarzystwo dlatego, żeby nie stać samemu, lubimy ich bo oni nas lubią, w mniejszym lub większym stopniu podwyższają chwilowo poczucie własnej wartości, zatem trudno wyjść z tego błędnego koła, ale tak naprawdę są zbędni, a my jesteśmy wobec nich w głębi duszy obojętni w przeciwieństwie do naszego zewnętrznego uśmiechu. Zawsze jest przynajmniej jeden mega dogadzacz, czyli ktoś oferujący poza funkcją wchodzenia w plecy dolne także możliwość konspiracyjnego wyciśnięcia z tej osoby przynajmniej jednej kropli czegoś co od początku jest dla nas wartościowe. Należy pamiętać o tym, że każdy z nas jest czyimś dogadzaczem, czyż to nie zaskakujące? Swoją drogą chciałbym kiedyś odnaleźć osobę przed, którą mógłbym otwarcie wyjawić prosto z mostu to iż jest takowym dogadzaczem, bez komicznie tragicznej nieszczerości w rozmowie i ciągłego przeczenia własnemu wnętrzu, a następnie skorzystać z jej usług po ustaleniu umowy. To byłaby fenomenalnie skromna ścisłość. Można to nazwać także rozdziewiczeniem oryginalności. ;) Na końcu zostaje grupa tych, z którymi jesteśmy trwale związani przeszłością lub teraźniejszością, przyszłości celowo nie umieściłem (Jeżeli ktoś twierdzi, że jest szczerze związany z tłumem to jest hipokrytą, nikomu nie starczy na to życia, ani serca).
piątek, 4 stycznia 2008
Spontanicznie i obojętnie do emocji.
Nie tak całkiem dawno temu temu żyła sobie księżniczka o imieniu XYZ. XYZ nie akceptowała swojego ciała i tego jaka jest. Przez lata los zsyłał jej facetów zainteresowanych głównie jej wyglądem zewnętrznym, którzy po czasie dostawali w czoło. Czasami miała ochotę skończyć ze sobą na dobre czekoladowym pistoletem, lecz nigdy jej to nie wychodziło. Odczuwała niedosyt czego sama nie była sensownie opisać, jej pragnienia były przysłonięte gęstą mgłą. Po wielu błędach, rozczarowaniach i smutkach poznała księcia, który docenił jej ciało, duszę oraz skłonności do błądzenia jako człowieka. Tego było mi trzeba, równowagi, obojętnie bezwzględnej szczerości oraz oryginalności - powiedziała XYZ. Wiedziała, że warto było czekać i wierzyć w coś nieokreślonego. Po roku XYZ odeszła z tego świata, ponieważ utopiła się z niewiadomego powodu w szklance wody, a jej towarzysz niefortunnie doświadczył mistycznego samozapłonu.
Wszechświat jest nieokiełznany, świat jest schematyczny, ludzie są mali, człowiek jest wielki.
Wszechświat jest nieokiełznany, świat jest schematyczny, ludzie są mali, człowiek jest wielki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)