Po dzisiejszym dniu, a właściwie po pojedynczej sytuacji zostałem uświadomiony i umocniony z rzeczywistością rodzinną jaka mnie otacza. Na co dzień nie ma miejsca na głębsze refleksje z tym związane, pewnie dlatego, że problem analizuje się w momencie jego wystąpienia.
Z opowiadań na temat przeszłości rodziny, których wydarzenia działy się kilkanaście lat temu jasno wynika, że najbliższa rodzina funkcjonowała znacząco inaczej niż teraz. Czy z wiekiem każdy człowiek gorzknieje?, a może to świat wokół robi się gorzki na naszą niekorzyść, ponieważ w mniejszym stopniu dopasowujemy się do panujących warunków? Pewnym jest iż mój stary wraz z wiekiem, rozwojem firmy coraz bardziej oddalał się od rodziny kosztem pracy. Jak to mówi banalne stwierdzenie - coś za coś. Niestety trzeba odnaleźć w tym stabilizację, wyrównanie i umiar, aby nie popaść w skrajność. W przypadku mojego starego jest już za późno by wprowadzić i zastosować zmiany prowadzące do pozytywnych i stałych efektów. To już nie ten wiek, to już nie ten czas. Jedyne co może zrobić to tymczasowo sprawić wrażenie, że jest na dobrej drodze do zmian. Nic więcej.
Po pierwsze, aby coś zmienić trzeba mieć do tego określone podejście. Z podejściem na zasadzie - zrób to, zrób tamto, a dostaniesz pieniądze na książki nic się nie zdziała. Nawiasem mówiąc książki do szkoły to zakup konieczny, nie mówię tutaj o spełnianiu dodatkowych potrzeb sprawiających indywidualną przyjemność, a na te każdy od czasu do czasu powinien sobie pozwolić, właściwie powinien dostać taką możliwość. W mojej piramidzie priorytetów zależnych od rodziny jest nawet problem z załatwieniem sprawy przy samej podstawie. Patrząc z tego punktu widzenia jestem mrówką w kolonii, między innymi i w małej cząstce zwanej rodziną pod rządami królowej, a raczej króla dyktatora, któremu zmiennie 6 mrówek jest zbędnych z tego względu, że nie płyną z nich widzialne dla niego korzyści.
Co najśmieszniejsze sytuacja finansowa nie łączy się w żadnym stopniu z tą kwestią. Po drugie niwelacja złych nawyków. Dodam, że nawyki są ludzkie i nie szkodzą pod warunkiem, że się nad nimi panuje. Mianowicie chodzi o to, że idąc do niego po pieniądze na konkretny cel jak to zawsze bywa, słyszy się milionowy raz z rzędu tą samą gadkę po której jestem tak wkurwiony, że mam ochotę rozpierdolić sobie głowę o beton, aby do mózgu nie docierały żadne sygnały z zewnątrz lub też tak zdołowany, że mam motyw strzelenia sobie w łeb w taki sposób, aby zostało jak najwięcej tkanek, które potem on by godzinami zbierał palcami do woreczka.
Innymi słowy to szantaż i kpina, a zwłaszcza, że przeszkoda jest minimalna i nie chodzi tutaj już o samą czynność do wykonania bo nie jest to praca w kamieniołomie. Chodzi o ciągłość wymyślania głupich powodów i tym samym utrudniania oraz komplikowania życia innym i samemu sobie. Prawdopodobnie wykonywane jest to całkowicie świadomie gdyż więź rodzinna sprowadza się jedynie do wspólnoty mieszkaniowej i teoretycznie majątkowej, a więc pole do rozwiązywania problemów z tym związanych jest płytkie. Czy to wynika z celowej ironii czy długiego etapu kształtowania charakteru człowieka w złym kierunku pod wpływem coraz mniej kontrolowanych czynników? Myślę, że obie przyczyny się w jakiś sposób łączą.
Poza tym co mnie to obchodzi? Głowa rodziny jest zobowiązana do utrzymania reszty, to logiczne. Zawsze można się pozbyć zbędnego bagażu. Po jaką kurwę ciągnąć go za sobą? Trzeba być skończonym idiotą żeby samemu rzucać sobie kłody pod nogi. Jaki jest inny sens tej nieuzasadnionej patologi prócz powolnej destrukcji psychiki osób w promieniu jej działania? Mam nadzieję, że przejedzie mnie walec drogowy albo tir wyładowany materiałami wybuchowymi nim widzialna cząstka jego toksyczności zostanie we mnie wszczepiona i tym samym będę zagrożeniem dla potencjalnie przyszłej rodziny.
Śmierć z zaskoczenia jest najlepsza w swoim rodzaju. Niczego nie trzeba planować, nie odczuwa się stresu z tym związanego i co najważniejsze zaskakuje w najmniej oczekiwanym momencie. Nic nie trzyma mnie na tyle przy życiu, aby siedzieć tutaj kolejne 10 lat lub dłużej z takim samym przekonaniem o bezsensowności rzeczy które wydają się być ważne dla ogółu automatów.
Często przychodzi mi do głowy czarny scenariusz zakończenia swojego żywota. Oto ja w oryginalny sposób strzelam sobie w łeb w tłumie tłumie obcych osób niczym aktor kończący swoją rolę w teatrze. Nie chcę złotego nagrobku ani suchych obietnic obłożonych pięknymi słowami. Chcę wyłącznie bezwzględny szacunek za życia i pamięć w ostatnich chwilach błądzenia swoistego elektronu.
Kazania słyszę w dwóch miejscach. W domu i w niedalekiej stale rozciągającej się przeszłości, czyli w kościele. Może to kara? Skoro nie chodzę do kościoła to muszę słuchać kazań w domu, na dodatek z bezpośrednim zwrotem do mnie. Raczej nie, kiedy tam chodziłem kazanie miało mnożnik razy dwa, więc aktualnie teoretycznie powinno być lepiej. Boje się, że niedługo mnożnik wskoczy razy cztery.
Ten monolog zawiera wielkie wyrazy ubolewania nawiązujące do jego ciężkiej pracy i tym, że roboty coraz więcej, a robić nie ma komu. Gdzieś już słyszałem te słowa, to chyba znany typowo polski tekst. Ktoś by powiedział, że narzekanie jest naturalne. Owszem, jeżeli łączy się je ze zdrowym rozsądkiem, czyli wie się kiedy, w jaki sposób i z jakim celem je zastosować. Póki co jestem na jego utrzymaniu, i nie ja sam. Skoro rodzina jest dla niego balastem to po jakiego chuja spłodził tyle dzieci żeby teraz mieć problem wyłącznie z własnej inicjatywy? Nie musiał tego robić, przynajmniej bym się teraz z nim nie użerał, a moja świadomość by nie istniała. Nie ma nic lepszego niż kompletny brak świadomości.
Gdyby nie cholerny komputer i swoiste lustro ukazujące rzeczywistość, a jednocześnie odskocznia od niej to bez wątpienia zwariował bym z braku żadnego urozmaicenia w tym dłużącym się życiu niczym dzwonek na przerwę na polskim z niezbyt lubianą plastikową nauczycielką.
środa, 19 września 2007
Subskrybuj:
Posty (Atom)