Wszyscy są tacy sami pod tym względem, że nie próbują zrozumieć mojej sytuacji problemu, ponieważ nie biorą dosłownie tego co mówię i interpretują moją wypowiedź, jakakolwiek by nie była, według własnych doświadczeń i odczuć, mniej skomplikowanych dlatego ich obraz o mnie jest daleki od rzeczywistości. Nie wiem jak to sprecyzować i nazwać. To okropne uczucie. Bezradność, mętlik w głowie, malutka ambicja aby to zmienić, lecz zerowe odbicie w skutkach takich jakich bym tego chciał. Pieprzony subiektywizm pod otoczką białej chmurki przykrywa inicjującą się burzę. Oczywiście są osoby, które mnie rozumieją w mniejszym lub większym stopniu jednak do żadnej nie zalicza się na pewno rodzina.Ci którzy powinni być najbliżej są jak najdalej od mojego umysłu. Nie rozumieją tej niedogodności wynikającej z podświadomego zaprogramowania, a już na pewno nie ma kompletnego pojęcia o tym jakim jestem choć w niewielkiej mierze w rzeczywistości. Beznadziejna blokada lub obojętność uniemożliwia mi walczyć o ich minimalne względy. To sedno sprawy. Tego nie mogą wziąć dosłownie inne osoby. Być może za mało szczegółowo opisuję sprawę żeby ktokolwiek pomógł lub chociaż zrozumiał to co chce przekazać. Nie wiem. Jednak moja obojętność na ten aspekt stale rośnie. Może pogodziłem się już z warunkami. Może mi z tym dobrze. Może mam nadzieję że wszystko kiedyś się zmieni. Najbardziej stawiam na to trzecie. Wierzę...
Jestem wielkim perfekcjonistą. Wielkim, pomijając środowisko rodzinne. Z chwilą kiedy opuszczam mury domu zyskuję inna formę tego jak postrzegają mnie ludzie, czuję niezależność. W momencie kiedy wracam, tą niezależność tracę. Zastanawiam się czym to jest spowodowane i dochodzę do następującego wniosku. Na obszarze związanym z rodziną, w mojej podświadomości uruchamia się ograniczona wersja systemu. Dlatego nie obwiniam w szczególności swojej rodziny za to jaki jestem, a mógłbym być inny. Tylko siebie. Jestem pewnie za bardzo przewrażliwiony i samemu sobie wykopałem ten dołek, reszta podała wyłącznie łopatę choć obok leżały jeszcze grabie, ja dobrowolnie wybrałem co innego. Najgorsze jest to, że nie wiem co jest właściwe. I to jest przyczyną mojej obojętności. Z drugiej jednak strony można powiedzieć, że wszystko czemuś służy, wszystko gdzieś prowadzi, tylko gdzie? (....)
2 komentarze:
Wiesz, myślę, ze to chyba jest tak, że trzeba się jednak pogodzić z tym, ze drugi ludź nas nie zrozumie do końca raczej nigdy, czasem wogóle…bo tak już jest, i tego faktu nie da się zmienić.. Każdy jest samotną, w mniejszym lub większym osobnością, przeżył, przeżywa coś innego inaczej., wiadomo;)… Zależy to też na pewno od umiejętności mówienia i okazywania tego, co się czuję; co jest bardzo indywidualne; ale też faktem jest, ze sami czasami nie wiemy do końca co jest grane…co możnaby ogólnie nazwać tym pieprzonym zagubieniem…eh. Żadna nowość:/. Zresztą to chyba normalne też, ze ludzie oceniają czyjeś doświadczenia odwołując się do własnych; chyba nie da się inaczej, można oczywiście spróbowac postawić się w czyimś położeniu; ale najczęściej, albo zawsze będzie to tylko nędzna próba. Nie zmienisz tego... Najważniejsze jest to, żeby starać się samego siebie coraz lepiej rozumieć, rozwijać się, żeby wcale nie zabiegać bardzo o zrozumienie, chyba trzeba pogodzić się z tym, ze tak naprawdę, tylko na siebie można liczyć. A czasami najbliżsi, albo ci, którzy najbardziej byśmy chcieli, by zrozumieli- nie rozumieja, może nie chcą, może się czegoś boją; najpewniej są po prostu inni od nas bardziej lub mniej... Ale wiem przecież, że jesteśmy jednak ludźmi, stadem…trudne to wszystko…
Jednak i tak myśle, ze najważniejsze i może najtrudniejsze to być pogodzonym ze sobą w stu procentach (coż za idealizm:], w stu może i się nie da, bo byśmy musieli się do końca poznać, a nie wiem, czy to jest wogóle możliwe w toku całego życia)...Robić swoje i jak napisałeś wierzyć.. , a może właśnie.. poprostu kiedyś inaczej będziesz na wiele rzeczy patrzeć...Tak sobie myślę, ze jeżeli będziemy pogodzeni ze sobą świadomie, podświadomie, to wcale nie będzie nam zależało na tym, by być zrozumianym. Chociaż może to nieludzkie…nie wiem juz:]..Czasem przecież cieżko dusić wiele w sobie:/, ale co zrobić, kiedy nie można tego właśnie przekazać, tak jakby się bardzo chciało?... A może właśnie na tym polega część życia? Może trzeba się z tym pogodzic i żyć dalej, dalej wsłuchując się w siebie i innych.. kto wie…ja nie wiem.
Pewnie ta chaotyczna wypowiedź niczego nowego nie wnosi i tylko potwierdzi fakt niezrozumienia wzajemnego między ludźmi, sam ocenisz …ale i tak pozdrawiam;)
Cześć. Nie spodziewałem się żadnego komentarza. Twojego najwyraźniej przeoczyłem :) Na początku dzięki za swoje słowa. Chyba masz racje, trzeba pogodzić się z samym sobą i żyć dalej z przeciwnościami, bo problemów nigdy się nie pozbędziemy, tak to już jest, ale możemy je w mniejszym lub większym stopniu znieczulić na swój sposób. Niektórzy wmawiają sobie optymizm, to w pewnym sensie sztuczne. Pesymiści mają o tyle lepiej, że są tak nastawieni, że negatywne wydarzenia nie potrafią ich zaskoczyć, a pozytywne i miłe niespodzianki w życiu dają nam zwielokrotniałą radość, dlatego potrafimy cieszyć się z małych rzeczy wobec, których inni przechodzą obojętnie, albo w ogóle ich nie dostrzegają. Kolejny problem to idealizm. Trudno zrozumieć, że nic nie może być idealne, a mimo to do tego dążymy. Ja chyba zaczynam akceptować siebie w coraz większej mierze. Nie zadam pytania czy to jest właściwa droga, ale zadam pytanie - kto określa granice właściwości i poprawności? Myślę, że społeczeństwo i dlatego nam niezrozumiałym indywidualistom, romantykom, socjopatom i ekscentrykom trudniej jest się przeciwstawić. Trzeba próbować poznać siebie i robić to dla siebie, wcale nie uważam, że to egoizm. To po prostu dowód na to, że możemy żyć w wyjątkowym stylu i być sobą, nie zwracając uwagi na komentarze ludzi, którzy kierują się szablonami i stereotypami.
Prześlij komentarz