środa, 7 listopada 2007

Ego nihil timeo, quia hihil habeo - Nic nie mam, więc niczego się nie boję

Nie lubię tego, że...

Każda interpretacja jest już działalności twórczą.

Życie to teatr w, którym chcesz czy nie chcesz i tak musisz grać, w przeciwnym wypadku schodzisz ze sceny co jest równoznaczne ze śmiercią.

Na świecie brakuje powszechnej, bezinteresownej i szczerej miłości i niestety na tym etapie już jej nie będzie skoro ewolucja doprowadziła do tego, że więcej się oczekuje niż oferuje, na globalne zmiany jest już za późno.

Ludzie tworzą pokrzywiony obraz rzeczywistości i wmawiają sobie wzajemnie, że życie nie jest skomplikowane.

W najlepszym przypadku bycie sobą to tylko czas obiadu, gdybyśmy przyrównali życie do dnia.

Uśmiechamy się kiedy jest nam smutno i wybuchamy śmiechem kiedy jest dobrze.

Odłamem fiksacyjnej dyskusji jest dialog, a nie odwrotnie.

Elokwentność to brzemię i człowiek nigdy nie pozbędzie się tego, o czym milczy.

Obiektywnie każdy, bez wyjątków, jest co najmniej egoistą w lekkim tego słowa znaczeniu.

Tylko nieliczni mają szczęście urodzić lub stać się zupełnie nieświadomym.

Wiem, że nic nie wiem.

sobota, 3 listopada 2007

Cudowność wszechobecnej powierzchowności (© Meg, trzy wielkie słowa)

Dawno nie pisałem i nie mam zamiaru tłumaczyć się chociaż przed samym sobą. Trochę się zmieniło, nie stworzę kolejnej debaty wyborczej, zatem nie ocenię jednoznacznie czy na lepsze. Tak naprawdę życie zmienia się na każdym kroku tylko trudniej dostrzec te zmiany. Nastąpiło zagłębienie nieświadomej apatii połączona z muzyczną dezintegracją, przeplataną chwilowymi ekscytacjami podbudowanymi przez fantazję w, które nie zapuszczam korzeni. To natywny narkotyk.

Kompletnie zobojętniałem na sugestie innych i ten cały automatyzm. Poza tym nie prowadzę już wielu internetowych rozmów i jest mi z tym ok, teraz doskonale widzę, że w takim stanie jest to zbędne bo życie i tak toczy się dalej, tak samo. Nawet nie mam zamiaru przepraszać, za to się nie przeprasza. Jednak jest jedna osoba nastawiona na ekscentryczność i jednoczesną bezinteresowność połączoną ze swobodą, płyńmy na tym dalej.

Najtrudniej jest się przyznać do własnych kompletnie nieuzewnętrznianych odchyleń. Jakie to ma znaczenie? Aby co najmniej żyć w nijakości, należy podporządkować się koniecznym wartościom. Pewne fakty trzeba trzymać w sobie, nieważne czy są prawdziwe czy fałszywe. Jeżeli chcesz żyć na pierwszy rzut oka pozornie szczęśliwie, czyli tak jak będą postrzegać Cię inni to uelastycznij swoją teatralną maskę, włóż w to wiele wysiłku i dmuchaj wtedy kiedy zostajesz sam ze swoją jeszcze zdrową świadomością. Nie wyrzucaj łóżeczka do zabawek bo je zawsze możesz wymienić na nowe, w ostateczności zmodyfikować, a łóżko przemalować.

Jedna rzecz, która się sprawdza. Jak się kłamie to jest źle, jak się mówi prawdę to też jest źle, jakkolwiek by nie było i tak jest źle. Kłamać jest tak samo trudno jak być szczerym. Pytanie brzmi - co znajduje się pomiędzy? Niepotrzebna plątanina myśli?

Życie to podróż statkiem. Nasze myśli, poglądy i uczucia można porównać do dziennika w, którym zapisywane są warunki pogodowe. Najważniejszy jest bieżący raport, gdyż to on pozwala w pewnym stopniu bezpiecznie płynąć dalej, lecz nad nieokiełznaną pogodą nie ma pełnej kontroli, a już na pewno nie można jej zmieniać. Nigdy nie wiadomo czym zapełni się kolejna pusta kartka.

#2 Przejściowa eskalacja oczekiwanych sukcesów i bezustanne szukanie argumentów podważających naszą linearnie sprzeczną sytuację.

Zyskać wiele nadzorując wyłącznie własną ręką w krótkim czasie jest równoznaczne z byciem pieprzonym faryzeuszem.

W moim odczuciu szybkość przekłada się na opakowanie będące wizualnie dobrej jakości. Wewnątrz kryje się złudna schematyczność, po pewnym czasie i głupi zrozumie. Cierpliwość i ascetyzm prowadzi do (nie powiem, że "nagrody" bo jestem ateistą, nie wierzę w bajeczki) fenomenalnego odgrodzenia się od tych wszystkich hipokrytów, którymi zwie się społeczeństwo.

środa, 19 września 2007

Patologia

Po dzisiejszym dniu, a właściwie po pojedynczej sytuacji zostałem uświadomiony i umocniony z rzeczywistością rodzinną jaka mnie otacza. Na co dzień nie ma miejsca na głębsze refleksje z tym związane, pewnie dlatego, że problem analizuje się w momencie jego wystąpienia.

Z opowiadań na temat przeszłości rodziny, których wydarzenia działy się kilkanaście lat temu jasno wynika, że najbliższa rodzina funkcjonowała znacząco inaczej niż teraz. Czy z wiekiem każdy człowiek gorzknieje?, a może to świat wokół robi się gorzki na naszą niekorzyść, ponieważ w mniejszym stopniu dopasowujemy się do panujących warunków? Pewnym jest iż mój stary wraz z wiekiem, rozwojem firmy coraz bardziej oddalał się od rodziny kosztem pracy. Jak to mówi banalne stwierdzenie - coś za coś. Niestety trzeba odnaleźć w tym stabilizację, wyrównanie i umiar, aby nie popaść w skrajność. W przypadku mojego starego jest już za późno by wprowadzić i zastosować zmiany prowadzące do pozytywnych i stałych efektów. To już nie ten wiek, to już nie ten czas. Jedyne co może zrobić to tymczasowo sprawić wrażenie, że jest na dobrej drodze do zmian. Nic więcej.

Po pierwsze, aby coś zmienić trzeba mieć do tego określone podejście. Z podejściem na zasadzie - zrób to, zrób tamto, a dostaniesz pieniądze na książki nic się nie zdziała. Nawiasem mówiąc książki do szkoły to zakup konieczny, nie mówię tutaj o spełnianiu dodatkowych potrzeb sprawiających indywidualną przyjemność, a na te każdy od czasu do czasu powinien sobie pozwolić, właściwie powinien dostać taką możliwość. W mojej piramidzie priorytetów zależnych od rodziny jest nawet problem z załatwieniem sprawy przy samej podstawie. Patrząc z tego punktu widzenia jestem mrówką w kolonii, między innymi i w małej cząstce zwanej rodziną pod rządami królowej, a raczej króla dyktatora, któremu zmiennie 6 mrówek jest zbędnych z tego względu, że nie płyną z nich widzialne dla niego korzyści.

Co najśmieszniejsze sytuacja finansowa nie łączy się w żadnym stopniu z tą kwestią. Po drugie niwelacja złych nawyków. Dodam, że nawyki są ludzkie i nie szkodzą pod warunkiem, że się nad nimi panuje. Mianowicie chodzi o to, że idąc do niego po pieniądze na konkretny cel jak to zawsze bywa, słyszy się milionowy raz z rzędu tą samą gadkę po której jestem tak wkurwiony, że mam ochotę rozpierdolić sobie głowę o beton, aby do mózgu nie docierały żadne sygnały z zewnątrz lub też tak zdołowany, że mam motyw strzelenia sobie w łeb w taki sposób, aby zostało jak najwięcej tkanek, które potem on by godzinami zbierał palcami do woreczka.

Innymi słowy to szantaż i kpina, a zwłaszcza, że przeszkoda jest minimalna i nie chodzi tutaj już o samą czynność do wykonania bo nie jest to praca w kamieniołomie. Chodzi o ciągłość wymyślania głupich powodów i tym samym utrudniania oraz komplikowania życia innym i samemu sobie. Prawdopodobnie wykonywane jest to całkowicie świadomie gdyż więź rodzinna sprowadza się jedynie do wspólnoty mieszkaniowej i teoretycznie majątkowej, a więc pole do rozwiązywania problemów z tym związanych jest płytkie. Czy to wynika z celowej ironii czy długiego etapu kształtowania charakteru człowieka w złym kierunku pod wpływem coraz mniej kontrolowanych czynników? Myślę, że obie przyczyny się w jakiś sposób łączą.

Poza tym co mnie to obchodzi? Głowa rodziny jest zobowiązana do utrzymania reszty, to logiczne. Zawsze można się pozbyć zbędnego bagażu. Po jaką kurwę ciągnąć go za sobą? Trzeba być skończonym idiotą żeby samemu rzucać sobie kłody pod nogi. Jaki jest inny sens tej nieuzasadnionej patologi prócz powolnej destrukcji psychiki osób w promieniu jej działania? Mam nadzieję, że przejedzie mnie walec drogowy albo tir wyładowany materiałami wybuchowymi nim widzialna cząstka jego toksyczności zostanie we mnie wszczepiona i tym samym będę zagrożeniem dla potencjalnie przyszłej rodziny.

Śmierć z zaskoczenia jest najlepsza w swoim rodzaju. Niczego nie trzeba planować, nie odczuwa się stresu z tym związanego i co najważniejsze zaskakuje w najmniej oczekiwanym momencie. Nic nie trzyma mnie na tyle przy życiu, aby siedzieć tutaj kolejne 10 lat lub dłużej z takim samym przekonaniem o bezsensowności rzeczy które wydają się być ważne dla ogółu automatów.

Często przychodzi mi do głowy czarny scenariusz zakończenia swojego żywota. Oto ja w oryginalny sposób strzelam sobie w łeb w tłumie tłumie obcych osób niczym aktor kończący swoją rolę w teatrze. Nie chcę złotego nagrobku ani suchych obietnic obłożonych pięknymi słowami. Chcę wyłącznie bezwzględny szacunek za życia i pamięć w ostatnich chwilach błądzenia swoistego elektronu.

Kazania słyszę w dwóch miejscach. W domu i w niedalekiej stale rozciągającej się przeszłości, czyli w kościele. Może to kara? Skoro nie chodzę do kościoła to muszę słuchać kazań w domu, na dodatek z bezpośrednim zwrotem do mnie. Raczej nie, kiedy tam chodziłem kazanie miało mnożnik razy dwa, więc aktualnie teoretycznie powinno być lepiej. Boje się, że niedługo mnożnik wskoczy razy cztery.

Ten monolog zawiera wielkie wyrazy ubolewania nawiązujące do jego ciężkiej pracy i tym, że roboty coraz więcej, a robić nie ma komu. Gdzieś już słyszałem te słowa, to chyba znany typowo polski tekst. Ktoś by powiedział, że narzekanie jest naturalne. Owszem, jeżeli łączy się je ze zdrowym rozsądkiem, czyli wie się kiedy, w jaki sposób i z jakim celem je zastosować. Póki co jestem na jego utrzymaniu, i nie ja sam. Skoro rodzina jest dla niego balastem to po jakiego chuja spłodził tyle dzieci żeby teraz mieć problem wyłącznie z własnej inicjatywy? Nie musiał tego robić, przynajmniej bym się teraz z nim nie użerał, a moja świadomość by nie istniała. Nie ma nic lepszego niż kompletny brak świadomości.

Gdyby nie cholerny komputer i swoiste lustro ukazujące rzeczywistość, a jednocześnie odskocznia od niej to bez wątpienia zwariował bym z braku żadnego urozmaicenia w tym dłużącym się życiu niczym dzwonek na przerwę na polskim z niezbyt lubianą plastikową nauczycielką.

niedziela, 9 września 2007

Dwie strony medalu

Złość, żal, zbędność - tak to można podsumować w trzech słowach.

Skąd to się wzięło? Wystarczy wejść na publiczny album kolegi ze zdjęciami. Z jednej strony niewiara w jego osiągnięcia, nie tylko materialne, a z drugiej przytłaczające dowody na to, że powodzi mu się zarówno z tej perspektywy jakiej go znam, jak i z tej ze zdjęć.

Co oprócz tego? Po pierwsze porównywanie się z nim. Wiem, że nie powinienem tego robić, ale taka była moja naturalna reakcja. Po drugie zazdrość czyli już sam skutek tego wcześniejszego. Po trzecie wszystkie negatywne uczucia skumulowane razem, idealnie symetryczne w rytm i treść muzyki. Tragedia, ale piękna.

Chwilę potem przychodzi mi do głowy czarny scenariusz zakończenia swojego żywota. Oto ja w oryginalny sposób strzelam sobie w łeb w tłumie obcych osób niczym aktor kończący swoją rolę w teatrze. Nie chcę złotego nagrobku ani suchych obietnic obłożonych pięknymi słowami. Pragnę tylko szacunku, uznania i pamięci w ostatnich chwilach błądzenia swoistego elektronu.

Jednak ten obraz statyczny czy inaczej mówiąc wirtualny znacząco różni się od kontaktów w szkole. Trudno uwierzyć, a co najważniejsze trudno pogodzić się z tym, że prawda jest taka iż kontakt wirtualny zawsze będzie mniejszym lub większym pryzmatem ukazującym w innym świetle, z innej perspektywy. Można mieć nadzieję, że w danej chwili ma się do czynienia z tym mniejszym, gorzej, jeżeli ktoś pozoruje, wtedy ewidentnie nie można być niczego pewnym, a już na pewno nie obrazowi jaki przedstawia wyobraźnia.

Cóż dodać? To naturalne, że odległość może stworzyć niejasności i problemy, nie tylko przez telefon czy internet, ale także w kontakcie na żywo, a więc ostrożności nigdy nie za wiele.

Z chwilą obecną, punkt kulminacyjny złego nastroju już minął. Jakże niebagatelizując zmienność ludzka jest wszczepiona. To brzemię, którego nie można się pozbyć choćby nie wiem co się czyniło. Na ziemi i tak będziesz zmieniać część swoich poglądów wraz ze wzrostem pozytywnych doznań. Jedyną i do końca pewną kontrolę, pomijając choroby i wypadki, ma się nad tym, że żyjesz, ponieważ w każdej chwili można udać się na nieokreślone wczasy do ośrodka gdzie odpoczywają zmęczeni życiem, lub Ci, którzy zostali odcięci od tego świata ręką trzecią.

niedziela, 2 września 2007

Inicjacja

Fatalny nastrój. Mam ochotę powiedzieć jaki ze mnie fatalny, bezużyteczny i zbędny kolega kilku osobom, tym, których najbardziej cenię i nie tylko im. Czasem nawet się rozpłakać mimo, że wokół jest kilkadziesiąt obcych osób.

Co to za facet, który płacze? Żaden facet. Faceci nie płaczą. Co to za facet, który nie umie powiedzieć co go boli? Żaden facet. Faceci konkretnie określają swoje potrzeby. Co to za facet, który nie jest zaradny? Żaden facet. Faceci są po to, aby dowodzić.

Więc kim ja jestem? Na pewno nie stereotypowym facetem. Jestem spoza miarki, skala mnie nie obejmuje, a żadna reguła nie może określić. Trzeba z tym żyć, może na tym polega ta trudność, żeby się umocnić i wytrwać? Wszystko co dziwne jest niedostosowane i łatwo to zauważyć. Niestety tylko z pozoru łatwo. W codziennej praktyce pozory to wierzchołek góry lodowej. Dostrzegane jest we mnie to co wystaje spod tafli wody, o całej reszcie nikt nie ma zielonego pojęcia. Szczerość i większość prawdziwych uczuć przykrywane jest przez skrytość, lęki i retorykę, która potrafi odbić ataki innych do poziomu neutralności. W moim przypadku nie towarzyszy temu obłuda i pozerstwo, oby nigdy do tego nie doszło, walczę z tym jeżeli tylko się budzi. Klnę na tych, którzy tacy są. Hitler zapomniał ich przez komin przepuścić. Może jeszcze będzie okazja.

Jestem ascetą, introwertykiem, indywidualistą. Jak to określić jednym słowem? Nie da się. Pływam łódką pośród innych łódek, przy czy robię to tak, żeby przypadkiem się z nią nie zderzyć i nie wywołać wielkich fal, które mogłyby pociągnąć za sobą nawet skarby, mimo to jestem dostrzegany jako obiekt. Po cichu liczę, że ktoś sam na mnie wpadnie, lecz to nie jest niezbędne, aby płynąć dalej. To metafora mówiąca o tym, że nie ingeruję w sprawy ludzi do tego stopnia, że nie narażam ich na wytrącenie z własnego rytmu choćby nie wiem co mi obiecywano. Dryfuje na takim wietrze jaki wieje. Może kiedyś wyląduje na bezludnej wyspie ciekawszej od całego ładu społecznego. Tak to wygląda konkretnie domyślnie obiektywnie mówiąc po głębszym zastanowieniu, razem z samokrytyką.

To zabawne. Przeszłość, która wydawała się gorsza wcale taka nie jest. O dziwo mam do niej lekki sentyment. Wszystko zaczyna się w gimnazjum gdzie trafiłem do obcej klasy. Wtedy mimo wielkiej presji okazywałem słabość i było mi jakoś lżej na duchu, nie spodziewałem się, że będzie gorzej, byłem nastawiony na pozytywy. Potem nowa szkoła, zupełnie nowe środowisko i prawie roczna euforia z powodu nawet aż tak nie oczekiwanych zmian na lepsze, kiedy nałykałem się tego wszystkiego zrozumiałem, że nie wszystko złoto co się świeci, zagłębiłem się w refleksji. W tej chwili mimo fajnych kolegów, po tym jak przyzwyczaiłem się do nich zaczynam odczuwać jakiś niedosyt i pustkę. Wiem, że muszę utrzymać pewien szacunek i dystans dlatego nie pozwalam sobie wchodzić na głowę. Wszystko wydaje się być w porządku, to pozory, ja wcale nie odczuwam wielkiej radości tak jak na początku szkoły. Teraz nawet najmniejsza zmiana skierowana w moją stronę jest odczuwana tak jak dla ryby kroki. Strach pomyśleć co będzie jak wybuchnie bomba.

Jutro powrót do szkoły. Co to oznacza? Co tracę? W pewnym stopniu refleksje, samokrytykę, rutynę, monotonię. A co zyskuję? Na pewno praktykę, potencjalną presję, oderwanie, sekwencyjnie stały kontakt z ludźmi i kilkudziesięciu minutowy śmiech niecyklicznego dnia.

Zobaczę czy liberalność tego kabaretu w tym roku trzyma optymalny poziom.

czwartek, 23 sierpnia 2007

Krok za papierową dorosłością




Podsumowując urodziny minęły bardzo spokojnie, zupełnie inaczej niż wyobraziłem to sobie w pesymistycznym odcieniu. Jak widać pozory, rozczarowanie, zaskoczenie i nieprzewidywalność jest nieodłączną częścią naszego życia. Trudno się z tym pogodzić, a mimo to łudzę się, że będę mieć pełną kontrolę nad swoimi poczynaniami. Trzeba to zaakceptować. Życie to nie bajka.

Obudziłem się wcześnie, chyba po 8. Poszedłem do kuchni, gdzie była mama. Złożyła mi najkrótsze życzenia, czyli to co lubię i obdarowała gotówką. Podobnie było z siostrami, bez głupiej przesadności w składaniu życzeń. Najgorzej wypadł brat bo pod wpływem matki podszedł zupełnie od niechcenia i zaczął się śmiać po czym uścisnął mi rękę, ja oczywiście spojrzałem w bok, w ten sposób pokazuje, że kogoś nie szanuję. Druga osoba nie musi tego rozumieć, ważne, że ja wiem. Skoro ktoś nie szanuje mnie to ja go również. Niechęć do drugiej osoby kończy się na ignorowaniu bo nigdy nie byłem skłonny do jakiegoś szczególnego prześladowania i mieszania z błotem. Uważam, że największym poziomem ignorowania jest milczenie, to nie lada sztuka. W skrajności wybucham i wtedy robie się naprawdę nerwowy i agresywny, choleryk jakich mało. Na szczęście takie sytuacje są bardzo rzadkie, unikam tego póki jestem w stanie.

Dostałem jeszcze kilka wiadomości od tych osób, które znam z wiadomego miejsca i tylko od nich. To miłe, lecz nie zawsze to doceniam. Nic na to nie poradzę, nie mogę sobie czegoś wmówić tylko dlatego, żeby zrobić przyjemność komuś innemu. Wolę być naturalny i tragiczni niż złudny, czyli pozornie prawdziwy. Niektórzy wbrew sobie, na skrytym planie oczekują tego drugiego, niestety nie mogę im tego zapewnić, ani powiedzieć o tym wprost bo to tylko komplikuje i tworzy problemy. Nawet najśmielsze osobowości nie potrafią o wszystkim rozmawiać. Nikt nie jest idealny.

Na samą oficjalną część zjawiło się dwóch wujków i jedna ciotka. Na szczęście żona tego drugiego nie przyszła bo miała swoją siostrę jak gościa, a tak poza tym to wymówka. Na torcie były świeczki, chociaż powiedziałem, że nie chcę. Nie wierzę w to, że życzenia urodzinowe się spełniają, ale mimo wszystko wymarzyłem sobie, że chciałbym znaleźć pasję, którą dostrzegaliby inni. Nikt się mnie nie czepiał pomijając ojca, który przyszedł pod koniec i powiedział, że nie wyglądam na swój wiek. Wtedy poszedłem do swojego pokoju.

To zabawne, że są osoby, które znalazły zajęcie, pracę czy zwykłą przyjemność w niecodziennych czynnościach. Na przykład jakiś pan przez kilka lat kopał długie i kręte tunele na terenie swojego posiadłości i nikt o tym nie wiedział. Został nazwany człowiekiem kretem. Z tego co pamiętam został aresztowany, jak widać do wszystkiego można się przyczepić, to tzw. naginanie przepisów, a jak ma się znajomości to można wszystko. Takich przykładów jest na pewno wiele, nietypowi kolekcjonerzy czy hobbyści są przeze mnie cenieni.

Górka zaczyna robić się stroma kiedy w grę wchodzą pieniądze, a nie przyjemność. Nie będę już opisywać własnymi słowami, zacytuję:

Ludzie potrafią zrobić wszystko dla pieniędzy. Setki osób zgłosiły się do nowego reality show, w którym główną nagrodą było 10 tys. funtów za... poczęcie dziecka z obcym. Cała akcja była jednym wielkim blefem, dziennikarze chcieli nakręcić dokument o tym, jak daleko mogą posunąć się ludzie, by zaistnieć w telewizji - pisze "Daily Mirror". Kandydaci do tego szokującego reality show bez wahania zgodzili się na pobyt w "hotelu miłości"; każdego tygodnia miała być eliminowana jedna "najmniej atrakcyjna" osoba. Dwie pary, które pozostałyby najdłużej, rywalizowałyby ze sobą o to, która szybciej pocznie dziecko, za co dopiero można było dostać główną nagrodę. Jeden z kandydatów mówił przed kamerami: "Jestem gejem, to dla mnie prawdziwe wyzwanie". Pomysłodawcy byli zszokowani, że do programu zgłosiło się ponad 200 osób zdecydowanych na wszystko. Film dokumentalny zatytułowany "Odpowiedź była zaskakująca" będzie pokazany w serii programów BBC3.

Świat jest przerażający, jeśli odkryjemy to co straszne.

Więcej o dorosłości następnym razem.

niedziela, 19 sierpnia 2007

Z perspektywy obserwatora

Przez ostatnie tygodnie często jeździłem na działkę z mamą i siostrami. Tym razem postanowili wybrać się na noc, aby z samego rana wyruszyć w czysty teren na grzyby. Oczywiście zgodziłem się, w końcu nic innego nie miałem do roboty. Zabrałem dwa niezbędne przedmioty - telefon, czyli lustro do mojego wnętrza i mp3 playera, czyli jedyną stałą przyjemność w postaci muzyki bez której już dawno by mnie tu nie było. Poza tym pobocznymi przyjemnościami jest dobry film wedle mojego gustu i sporadyczny kontakt z kolegą, który przychodzi zawsze w interesie. Nie ukrywam, że rzeczy materialne też sprawiają radość, ale o innym działaniu. Tak to wygląda w rzeczywistości, konkretnie i bez owijania w bawełnę.

Wrócę do sytuacji. Zapowiadało się spokojnie. Po jakiejś godzinie na miejscu telefonicznie okazało się, że mój najstarszy brat z dziewczyną wpadli na taki sam pomysł co do planów i, że przyjadą nocować z nami. Mieli zajechać jeszcze do nas do domu po materace i wodę w baniaku do mycia rąk. Byłem zaskoczony i trochę wytrącony z równowagi. Zarówno oboje bracia są do mnie ironiczni, czasami traktują jak wadliwą kaczkę na odstrzał. Na początku czułem lekką presję, ale jak się później okazało zniknęła. Zauważyłem pozytywne zmiany w zachowaniu tego najstarszego. Można powiedzieć, że mnie akceptował co jest lepsze niż tolerancja z konieczności. Wynikało to z tego, że tym razem związał się z poważną, miłą kobietą z, którą od pewnego czasu już mieszka. Osobiście podoba mi się w niej to, że wobec każdego była taka sama, naturalna. Nawet kiedy nie nawiązywałem kontaktu to i tak była wyraźnie do mnie miła. Podobało mi się jeszcze to, że nie dostosowywała się do mnie i traktowała mnie na równi pomimo mojego niecodziennego charakteru. Ze zwykłej bezsłownej obserwacji można dowiedzieć się wiele o osobowości, szczerze mówiąc nawet więcej niż we wnikającej relacji. Po głębszym zastanowieniu sprawia wrażenie potencjalnie zaufanej do tego stopnia, że wyobraziłem sobie sytuację w, której chciałem dać jej adres swojego bloga po to, abym miał całkowitą pewność, że w środowisku rodzinnym znajduje się choć jedna osoba, która nie traktuje mnie powierzchownie. Niestety daleko teorii, a tym bardziej wyobraźni do czynu.

Dwa razy odmówiłem kiedy jego dziewczyna i siostra zaproponowały mi trunek alkoholowy. Jedno co mnie w pewnym sensie pozytywnie zadziwiło - to, że dałem się namówić, ale właśnie z inicjatywy brata. Jak sam powiedział "po prostu daje się, a nie pyta". Pod wieczór zjawiła się jeszcze pewna ciotka ze swoim jeszcze chłopakiem. Nie odzywałem się w towarzystwie co nie jest niczym nowatorskim, to już taki nawyk na, którego omówienie potrzeba wielu czasu, zresztą sam tego do końca nie pojmuję.

Później pojawia się wątpliwy wątek. Nie czułem się pijany, ani na ciele, ani na duchu. Zresztą bezpośrednim dowodem tego pierwszego jest to, że czułem się dobrze w trakcie, jak i na drugi dzień nie miałem złego samopoczucia. Pośrednią sprzecznością drugiej sprawy jest to, że wcale nie włączyłem się do rozmów.

Teraz nie wiem czy powodem rozluźnienia było zaklimatyzowanie się w warunkach czy działanie alkoholu. Kiedy byłem w przekonaniu, że to procenty wprowadziły mnie w stan braku zakłopotania zdałem sobie sprawę z tego jak niewyobrażalnie koszmarne musi być uzależnienie od alkoholu czy narkotyków. Za każdym razem kiedy nie jesteś w upragnionym stanie doświadczasz wielokrotnie spotęgowaną energię negatywną ze świata zewnętrznego. Bezradność i chęć powrócenia do tego stanu zabija psychicznie. Z każdym krokiem żąda się coraz więcej i to prowadzi do dróg pozyskania złudnego wyjścia z rzeczywistości wszelkimi sposobami. Najgorszym etapem w tej bezradności jest samobójstwo, ale to wcale nie jest takie oczywiste jak się wydaje. Błędne jest określenie, że białe jest białe, a czarne jest czarne. To przykre, że pod tym względem jestem w zgodzie z kaczką.

Pewne jest to, że nie będę faszerować się niezgodnymi ze mną pigułkami znieczulającymi na rzeczywistość do uzależnienia i sytuacji krytycznej. W dzisiejszym świecie jest ich całe mnóstwo. Jesteśmy ludźmi mającymi pewne rzeczy zaprogramowane, każdego to dotyka, ale nie każdym zawłada. Wolę żyć w szarej niż zamydlonej rzeczywistości.

Jutro urodziny. Od jakiegoś roku w żadnym stopniu nie oczekuję tego dnia. Wiąże się to pewnie też z umocnieniem własnych poglądów. Poruszę jedną ważną kwestie. Najlepszymi życzeniami dla mnie są proste słowa "wszystkiego najlepszego". Dlaczego? Otóż są osoby, które myślą, że jak najdłuższe życzenia przekładają się na jakość. Nic z tych rzeczy! Nienawidzę wymyślania w składaniu życzeń. To nie jest ani szczere, ani przyjemne! Osoba składająca w ten sposób mówi tylko to co sama chciałaby usłyszeć. Takie coś jest nafaszerowane subiektywizmem w odniesieniu do siebie. Widać to wyraźnie po zachowaniu. Jest jedno trafne określenie - obłudnie idiotyczna szablonowość. Nienawidzę tego. W chuju się nie mieści jakimi niektórzy są robotami! W tym momencie przypomniała mi się pewna ciotka, która jest tak gruba, że będąc na niej obróciłem się trzy razy i nadal na niej byłem. Zwraca uwagę innym, że przytyli, a sama wygląda jak syberyjska świnia z międzynarodowym certyfikatem na szybkie wpieprzanie.

Czasem takie życzenia potrafią być pozytywne, zwłaszcza kiedy naocznie mogę ocenić wiarygodność wygłaszanych słów, ale z reguły w moim mniemaniu nie są.

niedziela, 12 sierpnia 2007

Kropla wyimaginowanego świata

Trzeci już sen pod koniec tygodnia. Różni się też tym od poprzednich, że obudziłem się o 2 nocy, a nie rano tak jak w przypadku wcześniejszych. Ten bardziej zadziwiający i dający do myślenia. Byłem na basenie. To były jakieś zajęcia dodatkowe bądź godzina lekcyjna. Pływaliśmy na wolno. Ja pod towarzystwem jakiejś niezidentyfikowanej kobiety. Nurkowaliśmy. Basen wydawał się nie mieć dna. Dopłynięcie do dna i wybicie się było połączeniem poezji, sztuki i nowego doświadczenia. Czułem się jak ryba w wodzie. Na trybunach siedzieli zdumieni koledzy, byłem podziwiany. Lubię być podziwiany i dostrzegany, ale nienawidzę być chwalony. Na szczęście nikt mnie nie chwalił. W momencie kiedy musiałem wyjść z wody ogarnął mnie smutek, irytacja z tego powodu, że ja wychodzę, inni zaczynają oraz wrażenie, że nigdy tutaj nie powrócę. Bosko mi.

Interpretacja z sennika. Nie sugeruję się tym w jakimś znaczącym stopniu. To tylko sennik i uniwersalna interpretacja. Zresztą to zbyt optymistyczne, żeby wydawało się realne.
Pływać - Życie bez trosk.
Woda - Widzieć czystą wodę - Przyjemność.
Nurkować - Zrealizujesz swoje najgłębsze pragnienia.
Basen - Kąpać się w nim - Jest zapowiedzią nowych, korzystnych znajomości, które będą pomocne w uzyskaniu wysokiego awansu.

Dodam coś od siebie. Życie bez trosk kojarzy mi się wyłącznie z dzieciństwem, więc możliwym jest, że zbliża się kolejne wcielenie. Co do przyjemności - jest ona niewykluczona, prawdę mówiąc to nic nadzwyczajnego dlatego żadnej euforii z tego nie ma. Realizacja swoich najgłębszych pragnień - wątpię, sam się w nich gubię. Na nowe korzystne znajomości nie liczę i wątpię, że coś takiego się zdarzy, bynajmniej nie teraz.

sobota, 11 sierpnia 2007

Rojenie

Kolejny dziwny sen. Zapamiętałem mniej niż poprzednio. Zastanawiam się czy to za sprawą kołdry w której śpię czy gry pamięciowej w jaką czasami gram.

Jechałem autobusem PKS, prawdopodobnie do szkoły lub ze szkoły bo zazwyczaj w takim celu w nim siedzę. Koło mnie siedziały równolegle trzy dziewczyny. Jedną zapamiętałem i jestem całkowicie pewny co do tego kim była, znam ją z widzenia, również dojeżdża do szkoły. Tutaj pojawia się wątek niewytłumaczalny. Nie wiem dlaczego jakiś dres mnie zaatakował. Po całym zamieszaniu owe kobiety zaczęły mnie pocieszać i wspierać na duchu. To byl miły moment snu, podobnie jak w poprzednim najciekawsza część. Byłem zaskoczony, nie spodziewałbym się w żadnym stopniu takiego zachowania. Bardziej realne są czarne scenariusze w moim wydaniu.

Nie mam pojęcia co oznaczał sen. Nie będę sprawdzać w senniku znaczenia bo nie wiem co było najważniejszą rzeczą w tym śnie. Do niczego słusznego nie dojdę skoro nie wiem którą definicję sprawdzić.

Może jestem zbyt nieufny do ludzi? Niewykluczone.

czwartek, 9 sierpnia 2007

(Nie)zwykły sen

Opiszę swój dzisiejszy sen. Nie jestem wszystkiego pewny bo jak to bywa ze snami łatwo się je zapomina,. Nie będę wymyślać tylko pisać to co zapamiętałem. Sen był o tyle nietypowy, że wydarzenia w nim zawarte nie działy się w ustalonym, zwykle przewidywanym porządku. Dlatego to wyłącznie mój sen, podobny do osoby.

Jest prawdopodobnie zima lub jej początek. Późny wieczór, latarnie na ulicy są już zapalone. Idę sobie chodnikiem w stronę domu. Jestem kawałek od starej szkoły podstawowej do której chodziłem. Gdy tak idę wolnym krokiem nagle jakieś dzieci zaczęły rzucać petardy niedaleko mnie.

(Rzeczywistość: Podobne mieszkają po drugiej stronie mojego domu na patologicznym osiedlu, coś w stylu 13 dzielnicy z filmu. Jedyne czego mi brakuje to miniaturowa bomba atomowa nadająca się w sam raz do wiadomego celu.)

Nigdy nie lubiłem konfliktów, zwłaszcza z nieznajomymi osobami. Mam jakieś lęki z tym związane. Sen był o tyle dziwny, że w pewnym stopniu był świadomy, ponieważ kiedy chciałem zadzwonić, w dalszej części snu - nasunęła się myśl, że nie mogę tego zrobić z powodu braku kasy na telefonie.

(Rzeczywistość: Tak było od kilku dni zatem ta informacja musiała być wydobyta przez mały "update" szczegółów z życia, dlatego też nazwałem ten sen po części świadomym. Moim zdaniem w śnie nieświadomym powstaje ogólny obraz naszej osoby, z wbudowanymi w sobie poglądami i przyzwyczajeniami, bez aktualnych wieści ze świata realnego.)

Kiedy dotarło do mnie co się dzieje, wystraszyłem się i przyśpieszyłem kroku.

(Rzeczywistość: Z uwagi, że nigdy nie lubiłem konfliktów, zwłaszcza z obcymi osobami można powiedzieć, że zatem jest to część nieświadomego śnienia. Tą reakcję możemy uznać za zarys naszej osoby, siedzący gdzieś tam wpojony w przekonaniu o samym sobie w danym aspekcie lub po prostu zwyczajną ludzką reakcję. Zapewne dla dresa wyglądałaby ona na zasadzie skopania tyłków osobnikom sprawiającym, że poczułby się zagrożony, a jak to zazwyczaj bywa powodem do zaczepki może być nawet zwykły kontakt wzrokowy. Moim zdaniem sen nie całkiem świadomy, podobnie jak mój to krótko mówiąc to taki, który w detalu wykorzystuje daną informację ze świata rzeczywistego i wpaja ją do snu, a poza tym, że czujemy się w danym aspekcie jakby uprzedzeni nie mamy większej świadomości czy kontroli nad snem. Wiadomo, że rodzaje snów są różne, dlatego też całkowicie świadomy to taki w, którym mamy pełną świadomość tego, że aktualnie śnimy i możemy np. pójść obrabować bank mając świadomość, że nam się uda albo nie. Chcemy zrobić rzeczy, których normalnie byśmy nie zrobili, przecież to tylko sen i nie ma to wpływu na rzeczywistość. Mała dygresja, powracam do snu.)

Szły za mną dwie kobiety starsze ode mnie choć nie pytałem o wiek to i tak byłem o tym przekonany. Jak się później okazało były siostrami. W pewnym momencie jedna z petard powędrowała w ich stronę i jedna z nich chciała ją odrzucić po czym nieszczęśliwie wybuchła w ręce i urwało jej palec. Wpadły w panikę. Nie mam pewności w którym momencie snu poszkodowana zniknęła (Teraz albo po nieudanej pomocy) więc przyjmę, że w tej chwili pobiegła do swojego mieszkania, a ja z jej siostrą próbowaliśmy wezwać pomoc. Byłem zdezorientowany i nie wiedziałem co zrobić. Jak już pisałem wcześniej nie miałem jak zadzwonić, podobnie było z towarzyszką nie posiadająca telefonu. Wybiegliśmy na ulicę i próbowaliśmy zatrzymać jakiś samochód. Bezskutecznie, nikt nie reagował nawet jeśli wyskoczyłem przed samym pojazdem na środek ulicy. Dodam, że uciekł nam zakamuflowany i początkowo stojący radiowóz, którego nie zauważyliśmy. Potem kobieta zaproponowała, że pójdziemy do bloku na rzut kamieniem od nas (Nie wiem w jakim celu i dlaczego akurat tak). Weszliśmy do środka mieszkania gdzie była zastaliśmy Japonkę (Nie mam pojęcia kto to był :P). Pożyczyła nam swój telefon i zadzwoniłem pod 997, czyli na policję. O dziwo rozmawiałem spokojnie i rozsądnie z czego byłem zaskoczony. W pewnym momencie urwał się sygnał i nie wiedzieliśmy czy raport został przyjęty. Owa Siostra była zdenerwowana dlatego też zadzwoniłem jeszcze ze dwa razy, bezskutecznie. Dodzwaniałem się do jakiegoś sklepu, dzwoniąc pod ten sam oficjalny numer ;). W pewnym momencie zaczęła mi dziękować za starania i za to jak się zachowałem. Zaczęliśmy przytulać i uśmiechać się bez słów

(To ciekawsza część snu :D Dodam, że to było miłe zarówno we śnie jak i poza nim).

Możliwe, że chwilę potem urwał mi się sygnał. Trudno mi napisać kiedy się obudziłem. Na pewno akcja we śnie logicznie się nie rozwiązała i to mogę z pewnością napisać.

Nie rozpisywałem się z odczuciami i nie wymyślałem dalszej fabuły. Z tego powodu sen jest niezrozumiały w pełni dla nikogo. Rzadko pamiętam co mi się śniło z ogólnym zarysem po kilku godzinach od wstania z łóżka. Może rzeczywiście gra pamięciowa coś mi dała lub zwyczajnie udało mi się zapamiętać więcej niż zwykle. Na pewno zależy to też od tego czy sen nam się podobał.

Niewątpliwie tajemniczość jest piękna.

środa, 8 sierpnia 2007

W poszukiwaniu rzeczywistości

Za kilka minut wybije północ. To mój świat, godzina nie ma tutaj znaczenia. Wewnętrznie jest mi źle. Czuję, że niedługo pewne osoby będą ode mnie wymagać więcej niż jestem w stanie zaoferować. To zbliża się wielkimi krokami. Ostatnio nie panuję nad sobą i wyrzucam każdą swoją myśl w postaci rozmowy. Robię źle? Czy to skutki kolejnej gonitwy tragicznego człowieka za ustalonym porządkiem? Jak to mówi pewna piękna piosenka Comy - umieram w sobie. Brak namacalnego wsparcia przytłacza, którego nie potrafię sprecyzować i uchwycić powoli zabija. Mimo wszystko sam ku temu przeczę. Jednocześnie czegoś pragnę, a z drugiej strony mam mocne argumenty w kontrze. Takie jest moje przeznaczenie i nikt oprócz mnie tego nie zmieni, ponieważ nie można mieć na mnie wpływu, jeśli nie jestem do czegoś przekonany i pewny.

Jestem mało podatny na wymuszające sugestie innych. Zamiast tych wszystkich bezwartościowych recept na moje szczęście chciałbym od kogokolwiek szczerze usłyszeć - ''Nic nie mów. Ja nic nie powiem. Nie zmieniaj się. Nie dostosowywuj się. Jesteś takim skurwielem, który wystarczy, że dla mnie istnieje. To się liczy.'' Zimny drań czy tragiczny romantyk nie zrozumiany przez świat? Czasami chciałbym kilku osobom wyjaśnić mnóstwo kwestii i spraw dla jasności, zapewne z chęci dokonania ustalonego porządku w życiu. Szkoda, że to tylko pragnienie, które nie przełoży się na praktykę.

Ekscentryzm to prawdę mówiąc samotna walka z całym światem i wszystkimi ludźmi. Doszedłem do jednego ważnego wniosku, a mianowicie twierdzę, że nigdy, w żadnym towarzystwie nie będziemy sobą. Dlaczego zamiast wpojonego pokazywania się z dobrej strony nie możemy zrobić na opak i czuć się z tym dobrze i jednocześnie zostać przez kogoś szczerze docenionym?

Liczy się tylko to, żeby podtrzymywać swoje szczęście, żeby trwało one jak najdłużej, kiedy jesteśmy w takim transie nic się nie liczy poza nami i potrafimy dążyć do tego kosztem poniżania i wykorzystywania innych ludzi. Dzisiaj myślisz nad tym jak sobie dogodzić, jutro powtarzasz ten cykl, wszystko przechodzi w niepamięć do przeszłości niczym zbędny śmieć. Jest to pewien rodzaj ekspansji świata i umysłu zaprogramowany w naszej naturze. Jest to fakt niepodważalny, a tym samym obiektywnie odniesiony do rzeczywistości każdego z nas. Różnimy się tylko obiektami poddawanymi pragnieniu. Czy taki nieustanny schemat jest właściwy?

Na tym świecie jeszcze trzymają mnie ludzie żyjący w podobny sposób jak ja, z bliskimi poglądami na świat, a także sztuczne ekscytacje, których doświadcza i chce doświadczać każdy z nas. Kto powiedział, że ludzie są równi? Gówno prawda. Nie szukam argumentów, aby to potwierdzić, że każdy jest taki sam, ponieważ świat jest w większej mierze postrzegany na płaszczyźnie tego co widzą nasze oczy, a nie na teoriach. Nie trzeba długo rozmyślać, żeby dojść do wniosku, że istnieją wychwalani władcy i poniżani niewolnicy. Na tym poziomie wygra najsilniejszy, tylko na tym. Ktoś kiedyś powiedział, że ostatni będą pierwszymi - może jednak coś w tym jest.

Kolejny dzień. Zasypiam, nie umieram. To tylko zwykły dzień (...)

poniedziałek, 6 sierpnia 2007

IV RP

Doszedłem do wniosku, że internetowe rozmowy, które przeprowadzam z "wybrańcami" pobudzają mój umysł na tyle że na podstawie każdej z nich mógłbym napisać coś w tym pamiętniku. Mógłbym nie znaczy zrobię. Zasadnicze pytanie - jaki jest tego cel bądź motywacja? Chęć dowartościowania się? Pokazania swojej doskonałości czy wszechstronności? To wszystko wynika z narcyzmu? A może ze zwykłej indywidualnej potrzeby? Stawiam pytania retoryczne, ponieważ sam nie wiem jaka jest przyczyna. Nie wiem jaką perspektywę wybrać, aby być obiektywnym. W ogóle istnieje obiektywizm? Wydaje mi się że zarówno obiektywizm i subiektywizm to pojęcia względne, czyli działające w naszej psychice jako te które postrzegamy jako słuszne, mające swoje zastosowanie, ale tylko do pewnego stopnia. Jako ludzie sugerujemy się tym co mówią o nas bezpośrednio inni. Sugerujemy się także tym co wmawiają nam media o określonej grupie społecznej, czyli w sposób dotykający wiele osób. W mniejszym lub większym stopniu ma to wpływ na każdego z nas. I właśnie im większy jest nacisk otoczenia, a tym samym presja tym bardziej dostosowujemy się, a raczej odpowiednio mówiąc podporządkowujemy í tracimy wcześniejsze poglądy na świat. To co wcześniej wydawało się obiektywne już takie nie jest.

Podam przykład. Ostatnio w mediach było głośno o wypadku polskiego autokaru we Francji. Prawie każde wiadomości poświęcano wyłącznie na ten temat. Dobrze, że tymczasowo nie mam Tvn 24 bo oglądając ten program można ogłupieć w bardzo krótkim czasie, niczego nie świadomi nie zdajemy sobie sprawy z tego, że oglądamy ten sam reportaż już kilka godzin. Zdjęcia są te same, informacje praktycznie też. Mimo to siedzimy jak zahipnotyzowani. Nie jestem dobry z historii, ale przywołam pewien cytat - Jedna śmierć to tragedia. Milion to statystyka. W moim przekonaniu tak powinno być, z czasem można zauważyć, że te słowa stają się bezużyteczne w odniesieniu do świata teraźniejszego. Mówiąc, że jedna śmierć to tragedia mam na myśli oczywiście śmierć bliskiej osoby. Wtedy mamy przyczynę do tego, aby pogrążyć się w smutku i znaleźć wolny czas na refleksję nad sobą. To całkiem naturalne. Niepodważalnym jest, że melancholia dopada nas w przypadku kiedy rzeczywiście łączyły nas więzi z osobą, która przepadła. Wrócę do statystyki i odwołam się do rutyny we Francji bo tak powinienem nazwać to wydarzenie. Milion osób ponoszących śmierć powinno być wydarzeniem, które nie wnika zbytnio do naszego wnętrza i nie wnosi smutku. Zamiast robić z igły widły każdy człowiek powinien zająć się tym co go otacza, tym z czym ma jeszcze namacalny kontakt. Powinniśmy kochać ludzi przed tym jak od nas odejdą. Ta myśl wydaje się taka oczywista, a mimo to jest tylko wzorem, który jest nam trudno zastosować, ponieważ ulegamy temu co wywiera na nas większe przekonanie iż jest to słuszne. Takim czymś jest grupa mediów wprowadzająca w błąd. Jak długo trzeba czegoś słuchać, żeby w zupełności uwierzyć? Przy odpowiednich metodach z pewnością nie długo, zwłaszcza przy potędze przekaźników. Zatem niemożliwym jest, abyśmy mogli ulegnąć danej informacji przy odpowiednio wysokiej retoryce. Nie ma rzeczy, której nie można sobie wmówić, ale o dziwo nie ma też rzeczy, której nie moglibyśmy sobie nie wmówić. Trzeba naprawdę wielkich starań, aby przeciwstawić się temu z czym mamy do czynienia na każdym kroku.

Wróćmy jeszcze raz do zdarzenia pod Grenoble. Po jaką cholerę zorganizowano zbiórki dla "ofiar" rodzin poszkodowanych? Do kurwy nędzy w jakim celu prezydent wpadł na genialny pomysł o nazwie 100000 złotych dla poszkodowanych? Nie dość, ze w rządzie mamy buraków obrastających w pieniądzach to jeszcze kaczka przyczynia się do powstawania dziury w budżecie. Napiszę krótko. Z tego co pamiętam w Polsce i na świecie najwięcej osób ginie w wypadkach drogowych, a nawet jeśli nie to nie zmienia to faktu, że jest to poważny problem. Gdzie podziewa się pomoc dla tych, którzy tracą głowę rodziny lub obu rodziców w, że tak powiem w standardowym wypadku. Ich sprawa nie jest w żadnym stopniu nagłośniona. Czemu? Dlatego, że w mediach nie ma miejsca na ciągłe nadawanie takich błahostek. Ludzie podniecają się tylko wielkimi sensacjami, a kto na tym zyskuje? Oczywiście inicjatorzy. Nasza kaczka w ten sposób chciała pokazać, że jest dobra, solidarna i zaradna dla naszego państwa. Dwa słowa: paradoks i propaganda.

Jakby ktoś chciał dowiedzieć się co rzeczywiście stało się 11 września w Nowym Jorku to zapraszam na kochaną wyszukiwarkę Google albo po prostu zachęcam do obejrzenia filmu 911 In Plane Site, zapewne powstało już kilka podobnych produkcji, zatem możemy je porównać. Dla niektórych ten temat jest oczywisty i stał się zamknięty, a trzeba powiedzieć, że jego poznanie dopiero się zacznie. Zawsze znajdzie się coś czego nie zobaczymy, a co wzbudzi w nas kontrowersje. Fakt, faktem nic nie jest takie obiektywne jakim to postrzegamy. Do prawdy dochodzi się bocznym i mniejszym, a nie głównym i rzucającym się w oczy wejściem.

Na koniec podaję link do ciekawego artykułu:
http://www.pardon.pl/artykul/2160

środa, 1 sierpnia 2007

Wczoraj

Kolejna notka miała być skupiona między innymi na Woodstocku i moich odczuciach z tym związanych, lecz pewna sytuacja zmieniła te zamiary.

Wczorajszy wieczór. Siadam przed tv w, którym rozpoczyna się jakiś film, przy czym pytam zgromadzoną siostrę z mamą o gatunek filmu. Matka rzekła z pełnym przekonaniem, że to nie dla mnie, ponieważ nie jestem romantykiem. Siostra zapewne niczego nieświadoma stanęła w mojej obronie ponieważ zapytała 'a skąd wiesz?' co było miłe aczkolwiek w ogóle się tego nie spodziewałem. To mnie w pewnym sensie napędziło, wkurzyłem się i odpowiedziałem ponurym głosem 'wszystko wiedzący'.

Krótka odpowiedź, natomiast adekwatna, o szerokim znaczeniu oraz podświadomie mająca na celu wywołać refleksje. Szczerze wątpię, że wywołała cokolwiek długotrwałego. chwilowe spojrzenie na siebie nic nie zmieniło, aczkolwiek z mojego punktu dało wiele. Potrafię cieszyć się z małych rzeczy, niekiedy dostrzegam je po długim czasie bo na to potrzeba czasu. Nie napiszę odruchowo 'dziwne', a - nic dziwnego, że rozumiem swoje małe radości.

W pełni obiektywnie mogę napisać, że przecież nikt inny niż my sami nie zrozumie tego co wprowadza nas w nastroje euforii bądź melancholii i tego czego nie ma w powszechnych przekonaniach ludzi zakodowanych w niedostępnych częściach naszego umysłu, czyli inaczej mówiąc - nikt nie zrozumie tego co dla nas jest wyjątkowe, na tym polega indywidualizm. Nie kierujemy się wówczas szablonami, które chwytamy bez wysiłku, ani w tym co w manipulacyjno-retoryczny sposób wpajają nam źródła, np. media, prasa, książki, a także sami ludzie nas otaczający. Tworzymy swój pogląd wyłącznie sami, nie czujemy w tym obcych rąk i to jest piękne, wręcz boskie. Niestety nie zawsze otoczenie pozwala nam się tym cieszyć, ponieważ wywiera na nas większe wysiłek, zakłopotanie, złe samopoczucie, następnie presję, a to później prowadzi do stresu i kończy się na zagubieniu poprzez utratę wiary w to co wierzyliśmy, a czasami na czymś więcej o czym nie warto teraz wspominać dlatego, że samobójstwo to osobny, obszerny temat o, którym nie będę teraz myśleć.

Odbiegając od tej dygresji powróćmy do wczorajszego wieczoru. Po co o tym wspominam i dlaczego to takie ważne? Otóż wszystkie zapisy łączy jedno - potrzeba wyrzucenia swoich myśli, a także chęć wzmocnienia własnych poglądów, które prowadzą nas przez życie. Aktualny zapis jest o tyle ważny, że jest jedną z wielu idealnych metafor w pełni tego słowa znaczeniu nawiązujących do tego, że moja najbliższa rodzina wie o mnie kurwa tyle co kot napłakał. Z czystym sumieniem napiszę, że wiedzą jak się nazywa szkoła do której chodzę, ile mam lat i to czy obgryzam paznokcie. Poza tym nic o wyższym stopniu rozbudowania, choć trudno w to uwierzyć, tak jest naprawdę w rzeczywistości.

Nie mam o dziwo do nich o to wielkiego żalu i nie ukrywam, że malutki pozostanie, ale czasami ich teksty i pewność siebie potrafi wprowadzić w stan ogłupienia. Zadaje sobie wtedy pytanie - może rzeczywiście podmienili mnie w szpitalu? Na to pytanie zna odpowiedź sam personel tej instytucji, ja mogę tylko przypuszczać ;) Przyzwyczaiłem się już do rodzinki i pewne sprawy zaakceptowałem. Robię się coraz większym introwertykiem oraz ekscentrykiem i nie czuję się w tym niekomfortowo. Długo z tym walczę, są chwile kiedy popadam w stany depresji, ale nigdy nie rezygnuję z poglądów na rzecz przyjemności ciała niezgodnych ze mną tylko po to, aby utopić w tym smutki. Wolę hartować umysł.

W dzisiejszym świecie mocna psychika jest ważna by przetrwać na tej wojnie zwanej życiem. Brak odrobiny własnego zdania w podstawowych sprawach moim zdaniem to brak firewalla w systemie i łatwy dostęp do pełnej kontroli nad zainfekowanym obiektem. Obcy podsyła nam coś co wizualnie wygląda jak Winamp lub smaczne ciastko ;P, a my temu ulegamy i niczego nieświadomi wywołujemy impuls prowadzący do inicjacji niszczących instrukcji w naszym umyśle. Bez własnego zdania można zaginąć jak helikopter w ogniu pośród pieprzonych dzikusów i być podatnym na ich manipulację, a co w efekcie końcowym prowadzi do przemian na jakich wymusza na nas otoczenie i wreszcie do bycia takim samym jak owe obiekty, które do tego dążą.

Dlatego myślę, że nie musimy od razu pisać książek, ale musimy neutralizować ataki osób popierdolonych w wielu tego słowa znaczeniach, jak i zarówno tych nietolerancyjnych i co za tym idzie - wyjść z tej bitwy w dyplomatyczny sposób, nie pozwalając sobie wejść na głowę, wyłącznie w sytuacjach kiedy czujemy się zagrożeni pod presją środowiska, nawet jeśli nasza naturalna reakcja jest inna. Trzeba pamiętać, że każdy może zaopatrzyć się w owczą skórę w Realu w celu przebrania i wtopienia się w otoczenie.

Używam zmysłów.

poniedziałek, 30 lipca 2007

Nocne refleksje

Dzisiejszy wpis będzie nietypowy. Nie chcę pisać ciągle jak dotychczas o swoim mętliku w głowie czy opowiastkach o walce z samym sobą ponieważ nie czuję takiej potrzeby.

A więc do konkretów. Chcę wymienić osoby, którym krótko mówiąc dziękuję za znajomość, za mocne nerwy potrzebne do mojego charakteru, za większe lub mniejsze zrozumienie i za samo istnienie! Z kilkoma kontakt przepadł z dwóch osobnych powodów (przepadnięcie danych kontaktowych z obu stron lub uświadomienie potrzeby zakończenia znajomości). Te osoby zaznaczone są gwiazdką (*). Oprócz tego osoby z hashem (#) są to te których nie jestem do końca pewny, może dlatego, że wtedy usnąłem ;). Według mnie znajomość kończy się wtedy kiedy zostało to oficjalnie wyjaśnione lub sama możliwość kontaktu przepada z różnych przyczyn bądź też wtedy kiedy nie odczuwamy sentymentu. Oczywiście nie wymieniam tutaj wszystkich których znam z internetu, a jedynie tych których chcę. Częstotliwość rozmów nie ma dla mnie znaczenia ponieważ i tak czuję do takiej osoby sentyment choć trudno w to uwierzyć, i nawet nie trzeba bo jestem introwertykiem i autystycznym ekscentrykiem, a więc wszystko jasne, żyje w swoim świecie wedle własnych wartości.

Robię coś kiedy czuję taką potrzebę lub nie widzę wyjścia. Mam nadzieję że tak samo jest z wami i na to liczę (...)

Postawię pytanie - dlaczego ich wymieniam? Po to żebym w przyszłości mógł to przeczytać polegając na cyfrowym zapisie, a nie swojej problemowej pamięci? To pytanie pozostanie pytaniem retorycznym.

Większość z nich znam kilkanaście miesięcy, lecz czas nie jest tutaj wyznacznikiem, a coś zupełnie innego, skomplikowanego i niewytłumaczalnego, a jednocześnie mistycznego. Nie zawsze dostrzegam sens i praktycznie w ogóle im tego nie uświadamiam, ale po coś jest ta notka, choć z drugiej strony mój blog jest anonimowy i adres znają osoby licząc na palcach jednej ręki, nie wykluczone że to się zmieni w przyszłości. Nie oczekuję i nie chcę w żadnym stopniu oklasków.

Im rzadziej z kimś rozmawiam tym odczuwam większą niezależność i nie tylko. Kocham bezinteresowność, niezależność, brak zobowiązań, swobodę na psychice, brak tworzenia subiektywnych problemów z jasno niesprecyzowanymi argumentami i celem ze strony drugiej osoby, a nienawidzę subiektywnych sugestii wygłaszanych prawdopodobnie i potencjalnie w celu zmiany mojego życia bądź charakteru lub też rozwiązania problemu według szablonu drugiej osoby kiedy ja tego nie chcę, zazwyczaj ma to miejsce w sytuacji w której różnica przeżyć w danym aspekcie obu stron jest diametralna. Jesteście twórcami naprawdę czegoś wielkiego!

Wiecie po czym poznać indywidualistę? Po tym, że lubi ukrywać się na niewidocznym, a jednocześnie czekać na coś czego sam nie wie i nie pojmuje.

Zastanawiałem się całą noc do kogo czuje prawdziwy sentyment i doszedłem do wniosku że są to następujące osoby. Może wydawać się to niektórym dziwne i nienormalne, ale te rozmowy żyją ze mną w moim świecie, w różnych momentach się budzą i wtedy odczuwam ich wartość. Ta notka może będzie dowodem dla mnie samego na to, że potrafię to robić, abym kiedyś sobie przypomniał. Nie oczekuję zrozumienia tego aspektu tylko akceptacji w tym aspekcie i uznania na poziomie trzeźwego i zdrowego rozsądkiem człowieka.

- Miłosława (Aka Asema, lokalizacja: Wrocław)
- Wiktoria (Aka Wiki, lokalizacja: Białystok)
- *Magda (Aka Meg, lokalizacja: Białystok)
- Agnieszka (Aka Ropucha, lokalizacja: Warszawa)
- Amelia (Aka Latoszka, lokalizacja: Warszawa)
- Ilona (Aka ???, lokalizacja: Bydgoszcz)
- Marietta (Aka Wampirzyca, lokalizacja: Bydgoszcz)
- Monika (Aka Clarice, lokalizacja: Lublin)
- #Patrycja (Aka Sympatyczna, lokalizacja: Łódź)
- Ewa (Aka Lilly, lokalizacja: Poznań/Toruń)
- Ania (Aka Avril, lokalizacja: ???)
- Ania (Aka Ania15, lokalizacja: Świecie)
- Ania (Aka Annabeth, lokalizacja: Lipno)
- Żaneta (Aka Żabka, lokalizacja: ???)
- Dagmara (Aka ???, lokalizacja: ???)

- Grzegorz (Aka Melkor, lokalizacja: Bydgoszcz)
- Bartycrouch (lokalizacja: Kraków)
- Eos (Aka Big Cyc XXL, lokalizacja: Warszawa)
- Koala (lokalizacja: ???)
- *Proszek (lokalizacja ???)
- Silence (Aka Niebieski Smok, lokalizacja: Krosno)
- *Devilek (lokalizacja: ???)

Na koniec przepraszam za ten dziwny język, ale uwierzcie umiem pisać też normalnie. ;)
Cokolwiek jest normalnością (...)

czwartek, 12 lipca 2007

Nowe refleksje

Niedawno dowiedziałem się, że dziewczyna mojego starszego brata to krótko mówiąc dziwka lecąca na kasę, bez głębszego analizowania. To są skutki tego, że nie siedzę ciągle przed komputerem, wychodzę wtedy ze swojego świata i przestaję być przez chwilę dzieckiem autystycznym. Cieszę się, że się o tym dowiedziałem, ponieważ to dało mi przekonanie do tego, aby nikogo nie szukać w sensie partnerki i do tego by reagować bez emocji. Bez rozpisywania się mogę powiedzieć, że owa dziewczyna wyjechała do Anglii i tam obgadała całą moją rodzinę, a także powiedziała, że tak naprawdę nie kocha mojego brata bo ważne są dla niej pieniądze (ta informacja pochodzi od znajomej osoby, która mieszka niedaleko jej środowiska). Dodatkowo opiszę historię jej siostry. Wmówiła swojemu chłopakowi, że jest w ciąży i zaczęli współżyć bez zabezpieczenia. Po pewnym czasie naprawdę zaszła w ciążę. Zaplanowała wszystko do tego stopnia, że nieszczęśnik musi jej płacić alimenty. To się nazywa tupet!.

Pierwsza partnerka mojego najstarszego brata była podobna choć nie pochodziła z najgorszej dzielnicy w moim mieście i nie miała wielu wrednych sióstr cieszących się fatalną opinią. Myślę, że Paulina (owa dziewczyna mojego starszego brata, główny obiekt tej notki) nauczyła się wszystkich numerów od swoich starszych i bardziej doświadczonych sióstr.

Mam dwóch starszych braci, którzy popełnili podobne błędy w życiu sprowadzające się do jednego - do partnerki. To już powinno dać mi do myślenia, żebym zastanowił się nad swoimi pragnieniami i wyciągnął wnioski z błędów innych. Nic nie dzieje się nadaremno. Wszystko ma swoje przeznaczenie. Złość, która wzburzyła się we mnie po tym jak dowiedziałem się o całej sytuacji mam nadzieję pozwoli mi zachować trzeźwy umysł. Bycie singlem nie jest złe, trzeba tylko znaleźć pozytywne strony i trzymać się jasno określonych poglądów. Nie będę zatem rzucał słów na wiatr i dotrzymam tego o czym mówię. Miłość, jeśli tak można określić zaślepienie umysłu człowieka to nic innego jak lęk przed samotnością. Powiecie zatem, że nie wszystkie kobiety są takie same - macie racje. Dlatego nie będę szukać, ani brać pierwszego lepszego z pozoru śmieci, który się trafi. Jeśli istnieje prawdziwa miłość to sama mnie odnajdzie, będę wiedział, że to ta osoba i będę na nią czekać choćby do końca świata. Nie będę także robić czegoś co z pozoru wydaje się być pomocne w zmienieniu samego siebie. Mówię tutaj o pewnych spotkaniach N. Nikt mnie nie będzie zmieniać na takiego jakim bym się podobał. Jeśli ktoś potrzebuje zmian to niech zacznie od siebie samego. Będę sobą nawet gdy cały świat odwróci się ode mnie plecami. Pieprzyć ludzi uciekających od samotności z lęku i chęci pokazania się jak typowy społeczniak! Nie zmienię się, to nie mój świat...

Od dzisiaj jestem nowym człowiekiem.

niedziela, 8 lipca 2007

Zapisy niedawnych myśli

Wszyscy są tacy sami pod tym względem, że nie próbują zrozumieć mojej sytuacji problemu, ponieważ nie biorą dosłownie tego co mówię i interpretują moją wypowiedź, jakakolwiek by nie była, według własnych doświadczeń i odczuć, mniej skomplikowanych dlatego ich obraz o mnie jest daleki od rzeczywistości. Nie wiem jak to sprecyzować i nazwać. To okropne uczucie. Bezradność, mętlik w głowie, malutka ambicja aby to zmienić, lecz zerowe odbicie w skutkach takich jakich bym tego chciał. Pieprzony subiektywizm pod otoczką białej chmurki przykrywa inicjującą się burzę. Oczywiście są osoby, które mnie rozumieją w mniejszym lub większym stopniu jednak do żadnej nie zalicza się na pewno rodzina.

Ci którzy powinni być najbliżej są jak najdalej od mojego umysłu. Nie rozumieją tej niedogodności wynikającej z podświadomego zaprogramowania, a już na pewno nie ma kompletnego pojęcia o tym jakim jestem choć w niewielkiej mierze w rzeczywistości. Beznadziejna blokada lub obojętność uniemożliwia mi walczyć o ich minimalne względy. To sedno sprawy. Tego nie mogą wziąć dosłownie inne osoby. Być może za mało szczegółowo opisuję sprawę żeby ktokolwiek pomógł lub chociaż zrozumiał to co chce przekazać. Nie wiem. Jednak moja obojętność na ten aspekt stale rośnie. Może pogodziłem się już z warunkami. Może mi z tym dobrze. Może mam nadzieję że wszystko kiedyś się zmieni. Najbardziej stawiam na to trzecie. Wierzę...

Jestem wielkim perfekcjonistą. Wielkim, pomijając środowisko rodzinne. Z chwilą kiedy opuszczam mury domu zyskuję inna formę tego jak postrzegają mnie ludzie, czuję niezależność. W momencie kiedy wracam, tą niezależność tracę. Zastanawiam się czym to jest spowodowane i dochodzę do następującego wniosku. Na obszarze związanym z rodziną, w mojej podświadomości uruchamia się ograniczona wersja systemu. Dlatego nie obwiniam w szczególności swojej rodziny za to jaki jestem, a mógłbym być inny. Tylko siebie. Jestem pewnie za bardzo przewrażliwiony i samemu sobie wykopałem ten dołek, reszta podała wyłącznie łopatę choć obok leżały jeszcze grabie, ja dobrowolnie wybrałem co innego. Najgorsze jest to, że nie wiem co jest właściwe. I to jest przyczyną mojej obojętności. Z drugiej jednak strony można powiedzieć, że wszystko czemuś służy, wszystko gdzieś prowadzi, tylko gdzie? (....)

wtorek, 3 lipca 2007

Po burzy

Nie było tak tragicznie jak przeczuwałem. W miarę szybko zasnąłem, chociaż w nocy rzeczywiście była burza. Spałem jak zabity dzięki jedynej rzeczy, która sprawia mi prawdziwą przyjemność, czyli muzyce. Bez niej nie byłoby żadnego sensu.

Nawiązując do sensu. Ostatnio sens zanika w prawie wszystkich działaniach jakie podejmuję i tych rzeczach które spotykam na swojej drodze. Nie potrafię tego wytłumaczyć. To monotonia połączona z obojętnością na ten świat i brakiem siły.

Nie mam weny, a więc nie będę pisał na siłę.

Mam nadzieję, że to stan przejściowy.

poniedziałek, 2 lipca 2007

Burza Myśli

Nadchodząca burza myśli. Negatywnych uczuć. To będzie ciężka noc.
Jutro spróbuję napisać to co zgromadziłem w sensowną całość.

sobota, 30 czerwca 2007

Sztuczni przyjaciele

W dzisiejszym świecie otacza nas wiele sztucznych i nieprawdziwych osób, które udają tylko po to, żeby przystosować się do sytuacji. Jednym z takich przykładów jest mój kolega, zawsze myślałem, że najlepszy kolega.
W moim życiu dostrzega dziury, często powtarza mi, że mam coś zmienić. Pyta się - "kiedy gdzieś wyjdziesz sam od siebie?", to strasznie wkurzające. Najgorsze jest to, że on jest w podobnej sytuacji jak ja, a mimo to czepia się mnie, w cudzym oku dostrzega źdźbło trawy, a w swoim belki nie widzi.
Zasadnicze pytanie po co mnie zmieniać? ja nie chcę się zmieniać, chcę być sobą i mam nadzieję, że kiedyś znajdę osobę, której będę mógł w pełni zaufać i która mnie zaakceptuje takim jakim jestem, nie będzie chciała zmian.
Być może mój kolega dowartościowuje się w ten sposób. Lubi mnie męczyć głupimi pytaniami i wyraźnie widzi, że tego nie lubię, a mimo to tak robi.
Nie mogę mu wyrzucić tego wszystkiego na wierzch, tych myśli, tego co o nim myślę. Jego wyjście byłoby takie, że włączyłby swoją retorykę i łagodnie ugłaskał całą sprawę.

Nie będę taki jak większość, nie chcę być społeczny mimo tych wszystkich przeciwności. Serdecznie pieprzę takich skurwieli!
Czekam na wartościową osobę, na razie mam wiele wytrwałości.

piątek, 29 czerwca 2007

Lekkie poruszenie

Na co dzień otacza mnie egoizm ludzi, egoizm ludzi bliskich. Nie można temu zaradzić, każdy człowiek jest egoistą, ponieważ chce najlepiej jak dla siebie, musi osiągnąć pewne cele, aby być zadowolonym. Siostra zaczęła temat o problemach i powiedziała z lekką ironią "Każdy ma problemy, nawet (w tym momencie wymieniła moje imię)".

Prosta wypowiedź, każdemu się może zdarzyć, ale nie pomyślała nawet, że to może zaboleć... Zareagowałem tak jak poczułem, a to nieprzyjemne uczucie powstało w wyniku reakcji odruchowej.

czwartek, 28 czerwca 2007

Przedstawienie mojej osoby

Założyłem tego bloga, ponieważ uznałem, że jego prowadzenie może być ciekawe i może być kolejnym powodem, aby robić cokolwiek. Mój znajomy prowadzi bloga i ogarnęła go pasja jego tworzenia, wylewania swoich myśli do całkiem obcych osób.

Ja założyłem go dlatego, że mam nadzieję, że znajdzie się choć jedna osoba, która będzie czytać to co piszę. Nie liczę na oklaski, ani tym podobne. Ta internetowa atrakcja będzie też formą wylania własnych myśli do wirtualnego pamiętnika. Kto wie, może kiedyś będę mieć co wspominać i moje starania nie pójdą na marne.

Jestem zwykłym, a dla niektórych niezwykłym facetem. W te wakacje kończę 18 lat, więc mogę już tak o sobie mówić, chociaż nie jestem samodzielny jak na mój wiek przystało. Ostatnio mam problemy ze znalezieniem sensu życia. Myślę, że to stan przejściowy, każdy tak ma. Teraz krótko o moim charakterze. W środowisku rodzinnym jestem spokojny, mam skłonności do zachowywania się jak osoba o 10 lat do tyłu, mówię bardzo mało, nie zależy mi na reputacji w tym miejscu. Sytuacja ta zmienia się gdy przekraczam mury mojego domu, wówczas robię się bardziej energiczny i rozgadany. Czasami zastanawiam się gdzie jest granica mojego bycia sobą, a gdzie udawania kogoś innego. Jak dotąd mam z tym problem. Być może nie odkryłem jeszcze swojego prawdziwego oblicza. Jak już wiecie w domu jestem autystyczny, mam swój świat w którym żyję. W szkole czy w innych miejscach to się zmienia, jednak jest jedna cecha mojego bycia sobą o której mogę powiedzieć w sposób w pełni obiektywny - jestem socjopatą, nie wytrącam się w życie ludzi, żyję w cieniu i najwyraźniej jest mi z tym bardzo dobrze skoro nie podejmuję większych kroków, aby to zmienić. Wbrew pozorom lubię smutek, smutek to stan w którym na zewnątrz jestem nieszczęśliwy, a w środku emanuję radością. Zdarza się jednak przekroczyć granicę umiaru i wtedy mam myśli samobójcze. Oczywiście nigdy nie doszło do niczego więcej niż samych rozmyśleń na ten temat. Interesuje się informatyką, po części zwierzętami i kosmosem, zawsze mnie to ciekawiło i fascynowało, ten ogrom obydwóch wszechświatów. Nie odkryłem jeszcze swojej pasji w życiu, kiedyś były nią komputery, lecz to z czasem zaczęło stopniowo się zmniejszać. Podobno nadaję się na filozofa i wcale nie przekreślam, że wybiorę tą drogę w przyszłości.
 
//zabezpieczenia ... ... ... ... ...